Polacy nie gęsi, też swój holenderski język mają

Zwykły wpis

Zainspirowana tym: http://joemonster.org/art/31983/Glupota_innych_narodow_doswiadczenia_bojownikow_JM

Nie będę ukrywać, że na moim japońskim uniwerku często czuję się gorsza, bo pochodzę z Polski. Jak większość Polaków mam w tej kwestii schizofrenię – z jednej strony cieszę się, że urodziłam się Polką, bo mój kraj nauczył mnie kombinowania i walczenia o swoje, bycia zaradnym, a z drugiej – jaka jest Polska, każdy widzi.
Od dobrobytu ludziom się w zadach przewraca i to niestety widać. Nie inaczej jest z Japonią. Japońscy studenci z nosem wciśniętym w smartfona nie za bardzo umieją już rozmawiać, a  często nie mają żadnych hobby, o których mogliby rozprawiać. Być może zarówno w liceum, jak i na uczelni miałam szczęście być otoczona przez osoby o bardzo szerokich zainteresowaniach, więc moje wyobrażenie jest nieco zaburzone. Jednak ciągle mam wrażenie, że w przypadku Europejczyków, kiedy odpowiednio poprowadzić rozmowę, nawet z najmniej wykształconej czy strasznie nudnej osoby da się wyciągnąć coś wartościowego, chociażby życiową wiedzę, doświadczenia, coś o konkretnym kraju, miejscu. Ta sztuka udała mi się tylko z kilkoma Japończykami, a przecież wszyscy z nich poszli na studia, i to na studia międzynarodowe, co powinno ich trochę jednak zobowiązywać. Zacznijmy więc od wpadek z ich strony. Czytaj dalej

ein Lama in Yokohama

Zwykły wpis

Dzień drugi, część pierwsza

Kamakura leży koło 50 kilometrów na południowy zachód od Tokio. Jechałyśmy tam coś 40 minut, w dość komfortowych warunkach (po drodze mijałyśmy Yokohamę). Miasto bardzo dawno temu było stolicą Japonii, ale tak dawno, że w sumie nikt nie pamięta, i tak na dobrą sprawę, teraz wydaje się częścią ogromnego tokijskiego molocha. Po pierwszym dniu zgiełku i pewnego rodzaju zagubienia, jakie przytrafia się wieśniakom z prowincji kalającym brudną stopą wielką metropolię, Kamakura przywitała szerokimi ulicami, mnogością zieleni (środek stycznia!) i wszechogarniającym spokojem graniczącym z sennością. W dodatku słońce waliło po oczach ile wodoru i helu fabryka dała.

Pusto wszędzie, głucho wszędzie i słoneczko świeci

W Kamakurze nie ma nic, jeśli nie liczyć plaży (ale nie jestem Czechem, żeby lecieć nad morze w styczniu), gór (trochę za mokro i buty złe wzięłam), miliona świątyń, kilku muzeów i drugiego największego w Japonii posągu Buddy wykonanego z brązu (ponad 13 metrów). Drogą dedukcji – idziemy patrzeć na posąg. Dla ciekawych, największa statua znajduje się w Narze, która jest tematem na osobą notkę, i leży koło 40 minut pociągiem od Kioto i uważam ją za fantastyczne miejsce.

Wielki Budda w perspektywie wydaje się mały

Dwa wredne gołębie sterczące szyderczo niczym dwa nagie miecze w lokach Buddy

Przy 169 centymetrach ciągle jestem mniejsza od powyższej głowy i z posągiem mogę konkurować tylko masą. Rzeźba pochodzi z XIII wieku. W Polsce trwał dokładnie środek rozbicia dzielnicowego i nie umieliśmy jeszcze zdecydować, czy takie nowatorskie przedsięwzięcie jak państwowość, chrześcijaństwo i posiadanie króla się opłaca, czy może warto dawać lać się po mordzie to Niemcom, to hordom ze Wschodu. Początkowo posąg stał w wielkiej świątyni, ale to Japonia, więc zmiotło ją tsunami gdzieś w 1495 roku, czyli wtedy kiedy w Krakowie odnotowano pierwszy przypadek choroby wenerycznej. Jak wiadomo, nieszczęścia chodzą parami. Mimo wszystko ciężko jest ruszyć 103 tony brązu, więc Budda „cudownie” przetrwał. Bardziej zastanawia mnie, czemu nie przetopili go na coś bardziej użytecznego przez te wieki wojen.

Bo liczy się wnętrze

Okazało się, że Budda jak na świętego męża przystało, ma też bogate wnętrze. Może nie do końca bogate, może odczuwać wewnętrzną pustkę, ale musiałam dać całe 20 jenów (60 groszy), żeby do niego wejść (taa). Właściwie dość prędko musiałyśmy się ewakuować, żeby nie dostać kijkiem od selfie (Azjaci uwielbiają robić sobie zdjęcia, nawet wynaleźli specjalny kij, aby nikogo w kadrze nie brakło, bo mógłby ze znajomych na Fejsie wywalić) po łbie. Przytłoczone przez wycieczkę Chińczyków, czmychnęłyśmy z Buddy czym prędzej i podziwiałyśmy jeszcze chwilę dumną postawę. Z każdej perspektywy.

Chłopak się trochę zgrzał w tym słońcu, więc musiał się przewietrzyć

Muszę z niechęcią przyznać, że podczas wyjazdu do Tokio zgubiłam się dwa razy. Dwa razy w lesie. Ten pierwszy właśnie w Kamakurze. Mają tam szlak pielgrzymów (nieważne czy chrześcijaństwo, czy buddyzm, czy islam – ludzie uwielbiają walić na pielgrzymki), przy czym zamiast trafić na szlak, to nas trafił szlag, kiedy znalazłyśmy się w zupełnie nieznanym miejscu, gdzieś w górach, a potem na jakiejś zabitej dechami wsi, która okazała się nadal Kamakurą, tylko trochę dalej. Na szczęście zawiozłyśmy zadki na dworzec autobusem.

Dzikie ostępy

Dzień chylił się ku zachodowi, nie pozostało nam wiele opcji, jako że żadna z nas nie gustuje w srogich imprezach karaoke z dużą ilością sake (biorąc pod uwagę nasze polsko-węgierskie geny, to naprawdę DUŻE ILOŚCI, sake ma tylko do 20% alkoholu) albo spirytusu ratyfikowanego (polskiego!), który, o dziwo, można dostać prawie w każdym barze. Zresztą, jestem za leniwa i za bardzo marudzę, żeby być dobrym towarzyszem knajpowych wojaży, więc postanowiłyśmy obejrzeć zachód słońca na sztucznej wyspie stworzonej ze śmieci – Odaibie…

Japonia to jest zasadniczo kraj przekwitłej wiśni

Zwykły wpis

W styczniu, w przerwie międzysemestralnej pojechałam do Tokio. Do teraz nie pojmuję, czemu to zrobiłam, ponieważ to miasto nijak nie leżało na mapie miejsc, które chciałam zobaczyć. Nawet nie wiedziałam, co tam mogę zwiedzać. Na szczęście wyciągnęła mnie Węgierka, a ona miała pomysł na siebie, co za tym idzie, mogłam posnuć się za bratankiem z braku laku. Całość wyglądała mniej więcej tak:

Dziennik pokładowy.

Dzień pierwszy
Wciągnęłam walizkę z kosmiczną ilością bielizny, bluzek i lekarstw pod górkę z przystankiem. Na dzień dobry pan kierowca opieprzył mnie za opieszałość w siadaniu na miejsce, co wcześniej mi się nie zdarzyło, w ogóle nie zdarzyło się, żeby jakikolwiek pracownik czegokolwiek w Japonii mnie opieprzał. Dobry start. Na stacji wkurzyłam towarzyszkę podróży tylko trzy razy. Pojechałyśmy z Kioto shinkansenem, zwanym pieszczotliwie szynkansenem.

Shinkansen (czyt. sinkansen, jak w siny)

Mogłyśmy polecieć z Osaki, co nawet byłoby o połowę tańsze, ale 1) nie lubię lotnisk, 2) dojazd na lotnisko z Hirakaty zajmuje godzinę, 3) dojazd z Narity do Tokio zajmuje godzinę i kosztuje dużo. Na lotnisku odprawa, sprawdzanie koszerności gaijina i te sprawy, więc podziękowałam i zburżuiłam pieniążki. Bilety na szynkansena kupuje się albo w automacie, albo u pani w okienku. Zawsze to miło pogadać z drugim człowiekiem, więc pani sprzedawczyni wszystko wyjaśniła w bardzo ładnym, urzędowym, trudnym japońskim. Węgierka już to przerabiała, więc ogarniała więcej, ja nie ogarniałam nic, ale to akurat mój naturalny stan w podróży. Nienawidzę podróżować.
Bilety można kupić zarezerwowane na konkretną godzinę i z miejscówką, albo tak zwane „wolne miejsca”. Wtedy trzeba się ustawić na przedzie, dla takich biedaków są pierwsze trzy wagony i tam jak w polskiej kolei – kto pierwszy, ten lepszy. Shinkansen jedzie z prędkością koło 300 kilometrów na godzinę i wcale tego nie czuć, póki nie pójdzie się do kibla. W toalecie wszystko się trzęsie, na szczęście muszla spłukuje się tak długo, aż sama nie uzna, że już się wyczyściła. Tak czy inaczej wpieprzyliśmy się w góry z prędkością światła, więc ogłuchłam (zmiany ciśnień w Japonii to poważny problem, tym bardziej, że Japończycy ich nie czują i kompletnie nie pojmują związku bólu głowy i senności z pogodą; ot kultura). Pan zawiadowca płakał przez interkom, że mamy osiem minut spóźnienia i przeprasza pasażerów i prosi, żebyśmy nie chowali urazy przez trzy pokolenia do przodu. Gdzieś z tyłu głowy tłukło mi się opóźnienie pociągu z Krakowa do Katowic, sięgające jakiś trzech godzin, i radosne stwierdzenie „pani, ciesz się, pani, że pani dojechała”.

Dziwna sosna w parku Ueno

Dotarłam. Półżywa, głucha, głodna wylądowałam w parku Ueno. Reszta dnia została zapamiętana jako ciąg nieskładnych wspomnień, w których ja gdzieś idę, ludzie gdzieś idą, dużo ludzi i jedna ja, i nie zgubić Węgierki, bo nie dojadę do hostelu.

Jaki jest waleń każdy widzi

W Ueno jest dużo ciekawych rzeczy, szkoda, że nie zwróciłam na nie uwagi, ciągle półżywa po zmianach ciśnień w shinkansenie. Niemniej jednak, w parku jest jakaśtam galeria a do tego muzeum przyrodnicze z naturalnej wielkości figurą walenia, bo czemu nie.

…otwórz człowieku konserwę…

W Japonii obecnie bardzo popularne jest anime Shingeki no kyojin, głównie o tytanach zjadających ludzi, w sumie wciąga. Problem w tym, że nawet kiedyś bardzo je lubiłam, tylko po pół roku plakatów, zawieszek, reklam, anime, mangi, doujinów, chusteczek z mordami bohaterów czy czołówką anime (Guren no yumiya) wyskakującą jak Elsa z Let it go, trochę mi się odlubiało. Człowiek jedzie do Tokio, wchodzi do pierwszego z brzegu parku, a tam wielki zjazd fanów, tak zwany event (jap. ebento). I otwórz tu człowieku lodówkę…

Główny budynek muzeum a z przodu tekturowy kartofel w spódniczce (mam nadzieję, że to kartofel, to była jakaś reklama DLA DZIECI)

Nie lubię muzeów, nie cieszą mnie te zbieraniny garnków i w ogóle nudzę się jak mops, ale muszę przyznać, że Muzeum Narodowe w Tokio zrobiło na mnie wrażenie. To całkiem spory kompleks z milionem sal. Tylko… Czy naprawdę w Japonii nie ma tłumaczy? Czy naprawdę jest tak trudno walnąć ciężki do zrozumienia opis rurki z Mezopotamii po angielsku? Coś oczywiście było, ale wystarczył jeden rzut oka i krótka analiza w moim niedorobionym japońskim, że na pewno nie było to tłumaczenie dokładne. Czasami właściwie nie trzeba w ogóle znać japońskiego, żeby stwierdzić, że jedno angielskie zdanie podsumowania nijak się ma do ściany krzaków obok.

Jakieś malunki z któregośtam wieku

Muzeum posiadało spore zbiory z całej Azji, nawet coś z Europy mieli (ciekawe skąd świsnęli, pewnie od Brytyjczyków), ale mało. Zaskoczyła nas cała wystawa poświęcona Mezopotamii oraz niezbity dowód, że już w kolebce cywilizacji sztuczne piersi liczyły się bardziej niż charakter:

Nieosiągalny kanon piękna

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wytaszczyłyśmy się z kompleksu muzealnego (bo zamykali). Postanowiłyśmy zjeść coś i przetransportować się do hostelu. Bardzo bałam się tokijskiego metra, bo nawet Japończycy opowiadali o nim legendy: zagubieni turyści wytaczający się z tuneli i pytający który mamy rok czy siedzące w wagonach nawiedzone szkielety mające wciąż nadzieję, że w końcu rozpoznają stację, gdzie ich właściciele mieli wysiąść dwadzieścia lat temu. Wszystko to bujda. Tokijskie metro jest idiotoodporne. Niestety nie tłumoodporne i czasami to właśnie ludzie mogą ponieść cię w siną dal, z dala od twojej stacji przesiadkowej, ale zawsze w końcu znajdzie się wnęka, żeby uskoczyć i przemyśleć decyzje życiowe z gatunku „tam chyba był znak na Akihabarę, to ja muszę w drugą”.

Urokliwy mural przed hostelem w Ryogoku

Hostel jak hostel, dość zachodni nawet, mówili po angielsku. W metrze nikt się na mnie nie gapił. Nie komentował. To wielka nowość. Jechali inni obcokrajowcy bardziej zagubieni niż ja. Jechali inni obcokrajowcy mówiący bardziej płynnie po japońsku niż ja. Wylądowałam na innej planecie.

Park Ueno i tulipany w styczniu, bo kto bogatemu zabroni

Bonus:

Słodki ziemniaczek z budki ze słodkimi ziemniaczkami

Wygląda jak frytki w ekologicznym opakowaniu, ale nie. Słodkie ziemniaki same rozwidlają się na takie strączki i trzeba je wyszarpywać ze skórki. Dobre. Sycące. Tylko strasznie się kleją i potem kleiła się moja kurtka, torba, walizka i przypadkowy pan w metrze, bo zabrakło mi rurki do złapania się, a jego ramię spełniło rolę całkiem znośnie.

To był długi dzień.

Ciemność, ciemność widzę

Zwykły wpis

W Japonii jesień jest naprawdę piękna. Kolory nokautują w pierwszej minucie, słoneczko świeci, ale nie przypieka, wiatr jeszcze nie wieje z Sybiru, a już skończył z Mordoru. Wszystko w sam raz. Na początku listopada wybrałyśmy się paczką znajomych zakazaną, mało legalną drogą opuszczonej linii kolejowej, Fukuchiyamy. Działała od 1899 roku aż zamknęli ją niecałe 30 lat temu. Jako dziecko ze Śląska, jestem przyzwyczajona do łażenia po torach, więc podeszłam do pomysłu entuzjastycznie. Dojazd trwał wieki, ale pociąg przecinał tyle pięknych gór, że nikt nie narzekał.
Żeby dostać się na miejsce, wsiadłyśmy w linię Takarazuka. Słyszałam o wagonach tylko dla kobiet, ale jeszcze nigdy ich nie widziałam. To był mój pierwszy raz. W środku niczym się nie różniły od innych wagonów.
Człowiek w Japonii szybko uczy się, że wycieczki emerytów są wszędzie – bardzo liczne i żwawe (bardziej żwawe niż my, dwudziestolatki). Nie spodziewałam się jednak, że wybiorą też trasę, gdzie na każdym kroku widnieją tabliczki: NIE WCHODZIĆ, GROŹNE DLA ŻYCIA, NIE DEPTAĆ MARCHEWEK, etc. Tabun staruszków się jednak pojawił i nie dało się go wyprzedzić bez licznych obrażeń. Puściłyśmy ich przodem, żeby zrobić pobliskim pagórkom sesję zdjęciową. I tak nie byłyśmy w stanie dotrzymać im tempa.

Na ścieżce awangarda wycieczki emerytów

Dziura w moście, w dół jakieś 15 metrów

Piankowe niebo

Trasa obfitowała w tunele. Oczywiście nikt pandzie nie powiedział, że tunele są długie, bez światła i wypadałoby zabrać latarkę (którą musiałabym gwizdnąć z pokoju, ale nie deklarowałam jej w spisie, więc by nie zauważyli). Prawie umarłam tylko kilka razy, moje buty przeszły chrzest bojowy błotem, raz przebiegł jakiś szczur. W najgorszym (najdłuższym i wymagającym skakania po bocznych płytach) tunelu cały czas słyszałyśmy dudnienie, jakby ktoś dobijał się od drugiej strony. Jak już wspomniałam, panda ze Śląska, to miała w głowie tylko te wszystkie legendy o uwięzionych górnikach, i bajki o stworach zamieszkujących wnętrza gór. Nawet mi to się podobało, gdy źródło dźwięku mnie przerosło, bo okazały się nim boczne chodniczki, niektóre czysta prowizorka, a niektóre nietknięte od 1899 roku. Co chwila obluzowywała się płytka i waliła o drugą, i skąd ten hałas, który niósł się echem po całym tunelu. W ciemnościach człowiek dowiaduje się prawdy o sobie, o najmroczniejszych czeluściach jego charakteru. Wolałam surfować na tych płytkach, łapać równowagę w egipskich ciemnościach i prawie złamać nogę, dotykać ścian porośniętych czymś obrzydliwym, żeby tylko nie zleźć na dół i jak człowiek brnąć przez błoto, ale przynajmniej wyjść w całości. A wszystko po to, żeby nie musieć myć butów. Kiedyś ktoś mnie pytał, gdybym miała wybierać, jakim głównych grzechem bym została, wybrałam lenistwo. Obżarstwo znalazło się na drugim miejscu.



Ten był używany i przejechałyśmy przez niego w drodze powrotnej

Po wyjściu z jednego tunelu, tak na dokładkę jakby człowiek się już nie sponiewierał, zastałyśmy most. Przezwyciężyłam już stan „co ja tu robię?”, więc radośnie parłam na przód „wiem, że może być gorzej i gorzej będzie”. Na szczęście most miał kładkę obok.




Jak na miejsce, gdzie nie powinno się wchodzić, Fukuchiyama była bardzo zatłoczona. Spotkałyśmy nawet wycieczkę przedszkolaków, z czego jeden wykrzykiwał „Potwory! Odejdźcie stąd! Białasy!”. Myślę, że zostanie politykiem. Pani przedszkolanka zaczęła go uciszać dopiero, gdy skumała, że znamy japoński. Fasada, zawsze fasada. Widoki jednak wynagrodziły nadmiar ludzi.






Ogólnie miejsce bardzo pozytywne, można zejść na szlaki bardziej „legalne”, w górach jest świątynia (gdzie w Japonii nie ma świątyni…), wiśniowy park, mają też miejsce do wspinania się na skałkach. I w związku z tym, tutaj bonus, chodzące pudełka, czyli wycieczka właśnie takich skałkowiczów:

Czasami lepiej użyć miotacza ognia niż narzekać na ciemność

Zwykły wpis

Dzisiaj mijają cztery miesiące odkąd jestem w Japonii.

Wiecie jak to jest, kiedy człowiek już przywyknie i prawie nic go nie dziwi. Nie jestem też specjalnie zdjęciową osobą, czasami po prostu wolę nacieszyć oko niż wygrzebywać aparat spod rzeczy w plecaku. Udało mi się przedłużyć pobyt na następny semestr, teraz nie muszę tak bardzo przejmować się ocenami, więc może znajdę więcej czasu, a przede wszystkim będę się mniej stresować. Ogarnęłam pociągi, polubiłam Kioto, nawet posprzątałam mój pokój po całym semestrze (tylko Osakę jeszcze muszę oswoić). Zdarzały mi się różne przygody, jedne śmieszne, inne mniej, ale w sumie żałuję, że jednak ich nie zapisywałam. Całkiem dobrze bawiłam się czytając wcześniejsze notki (chociaż koszyczek z jednego ze zdjęć dawno szlag trafił, szajs ze sklepu wszystko po 3 złote). Znalazłam już substytut ciasta, który polubiłam, chociaż ciągle mam wrażenie, że to po prostu standard smaku mi się obniżył. Ciągle nie mogę się nadziwić jak malutkie są tutaj samochody. Moją przezroczystą parasolkę rąbnęli na uczelni. Panie z sklepie zaczęły mówić do mnie po japońsku. Życie w akademiku jak to życie w akademiku: kuchnia zawalona garami a kible wiecznie zatkane. Pani Mama (opiekunka akademika) czasami wpada z furią, żeby opieprzyć studentów. Też bym tak robiła, jakbym miała magistra z literatury francuskiej, a musiała przetykać zlewy zatkane ryżem, bo jakiś debil nie umie używać maszynki do ryżu. Kapcie w Japonii to nie wygoda, to religia. Do publicznych super-kibli się przyzwyczaiłam, aczkolwiek na Hobbcie straciłam całą scenę umierania sam-wiesz-kogo, bo nie umiałam znaleźć spłuczki w kinowej toalecie. Pomogło kiedy zdjęłam okulary 3D… Zaczęłam gotować, proste rzeczy, ale jednak. Dorwałam nawet czekoladę, która smakuje trochę jak Goplana i zaczyna się na tę samą literę (nie przepadam za Goplaną, więc w skali gdzie 1 to japońska czekolada, a 10 to Milka, Ghana dostaje mocne 4). Chusteczki dalej są nawet nie do dupy, bo by się rozpadły. Nie mogę patrzeć na chleb melonowy i sushi (całe szczęście, że odkryłam inne rzeczy).
Mam wiele notek do nadrobienia, ale że tutaj jak zwykle tylko narzekam, oto kilka anegdotek:

Pana trochę zamurowało, ale białogłowa niczego sobie

Nie wiem kto i dlaczego popełnił to dzieło. To jest, był festiwal międzynarodowy na uniwerku, tylko że międzynarodowy tylko z nazwy, bo organizowali Japończycy dla Japończyków i ja tam za bardzo nie widziałam możliwości integracji, ale może jestem po prostu starą skisłą pandą. Znajomi mówili, że takie coś dla narodowego stroju angielskiego (takie coś istnieje?) było jeszcze bardziej upośledzone. Jeśli ludzie używali tej makiety zgodnie z przeznaczeniem, to w moich oczach stracili resztki honoru.

Mały chramik ze swastyką

Ta świątynka stoi na parkingu. Wśród domków. Mijam ją za każdym razem jak idę do sklepu. Jest piękna. Ma ołtarz z pustaków.

Dzielny PAN tanuki z wielkimi jajami

Na początku uważałam to za urocze, ale w końcu zaczęło mnie wnerwiać jak nasze krasnale ogrodowe. Ani to ładne, ani to użyteczne, kicz całą parą. Ta wypukłość na dole to nie jego nogi, tylko jądra, a mina mówi sama za siebie „kończ waść, wstydu oszczędź”.

Wisi na moich drzwiach i odmawiam zdjęcia tego

Moja współlokatorka (Elizabeth) pojechała już do Tokio, a stamtąd leci do Ameryki. Większość studentów przyjechała tylko na jeden semestr, więc przez ostatni tydzień wszyscy tylko beczeli, żegnali się i robili hałas walizkami. Trauma dla okolicznych mieszkańców. Tak czy siak, moja współ ma niesamowity talent, ale kiedy rysowała to dzieło, zaczęłam się dławić żelkami i bardzo ją to rozbawiło (przepraszam, ja tylko umieram), więc postanowiła uwiecznić ten moment i narazić mnie na wieczne pytania ze strony Japończyków: Sore ha hanamizu? – Czy to smarki?
Odpowiedź: Nie, to żelki.

Kiosk

Człowiek uczy się całe życie. Okazało się, że swojsko brzmiący kiosk jest słowem międzynarodowym. Moim zdaniem to trudny do powiedzenia zbitek dźwięków, ale i tak wszyscy wytrzeszczają na mnie oczy, kiedy mówię polskie jeszcze.

Port w Osace – tajfun szedł, prawie mnie zwiało

Człowiek nie je, aby żyć, ale żyje, aby jeść

Zwykły wpis

Kocham jedzenie, a jedzenie kocha mnie, bo nigdy nie chce mnie pożegnać, więc odkłada się w moim zadzie, który powoli zaczyna wytwarzać własną grawitację, ale nic. Japońskie jedzenie bardzo lubię, nie wszystko oczywiście, omijam z daleka wszelkiego rodzaju kotlety, bo mięso jest dużo gorsze niż u nas (jestem francuskim pieskiem i żyłek i tłuszczu nie jadam), a przynajmniej to, do którego ja mam dostęp. I nie lubię, kiedy polewają wszystko słodkawym sosem. To chyba taki odpowiednik keczupu – dodają go do niemal każdego dania z mięsem, jednak po trzech miesiącach nauczyłam się unikać pułapek na stołówce. Po pierwsze – żadnej ryby. Uwielbiam ryby, ale te ryby to nie ryby, to podłe imitacje, wydaje ci się, że taka ryba jest rybą, nawet ją zjadasz i myślisz, że jest ok, ryba jak ryba, ale w połowie okazuje się, że ta ryba bardzo chce zmartwychwstać z twojego żołądka, a jej nieskonsumowane koleżanki na talerzu zmieniają smak na bardzo dziwny. Podłe ryby.

Bukkake udon

Po drugie – jeśli dzisiejsze menu ci nie odpowiada, bierzesz bukkake udon albo bukkake soba. Nazwa trochę myląca dla nieco zdemoralizowanej części czytelników tegoż bloga, dla niewinnych powiem, że niewiedza bywa błogosławieństwem i że „bukkake” znaczy w wolnym tłumaczeniu „spryskiwać” i bywa też rodzajem porno. Dlaczego taka nazwa dla pysznego żarełka? Danie to polewa się (spryskuje?) bulionem. Porzućmy jednak ten temat. Udon to rodzaj makaronu robionego z mąki pszennej, jest grubaśny i łatwo się go zjada pałeczkami. Nie ma też tendencji do rozpryskiwania sosu wszędzie dookoła. Minus taki, że ciężko się nim najeść na dłużej. W powyższym daniu jest także kawałek przetworzonej ryby (to białe coś z różową obwódką, smakuje jak nic), sparzone jajko, cebula, wodorosty (takie mięsiste) i chyba kalmar czy inna ośmiornica smażona w panierce. Pyszne! Szczególnie z sosem tabasco, którego obfitością pobłogosławiło stołówkę.

Curry soba i melonowa soda

Soba to z kolei makaron z mąki gryczanej, bardzo mi smakuje, ale jest cieniutki i najczęściej po konsumpcji otoczenie wygląda jak apartament Cruelli deMon. Czasami jak zrobi się bardzo nieporadną minę głupiego białasa, to dają chusteczki jako dodatek, żeby wytrzeć plamy przynajmniej z biesiadujących z tobą kolegów. Na stołówce można zjeść sobę na zimno, na ciepło z jakiś sosem i wodorostami (wysuszonymi), albo w bukakke soba. Powyżej mamy wersję z curry. Curry (jap. カレー, czyt. karee) w Japonii urosło do rangi narodowego dania. Można zjeść je wszędzie, tanio, drogo, różne wersje, pięć stopni ostrości (jadłam najwyższy, nie wzruszyło mnie, ale widziałam ludzi odpadających przy dwójce). W skrócie to sos na bazie przypraw, do którego wrzuca się marchewkę, ziemniaki, cebulę, czasami mięso, więcej cebuli i jakieś dziwne warzywa. Całkiem dobre, ale jeśli jesz z sobą (makaronem), możesz być pewny, że więcej wyląduje na osobie siedzącej naprzeciwko, niż w twoim żołądku.

Ramen

Ramen to kolejny rodzaj makaronu (właściwie to danie, ale makaron jest głównym składnikiem), też z mąki pszennej, ale smakuje zupełnie inaczej niż udon, jest znacznie delikatniejszy. Ja jadam głównie shōyu-ramen, czyli rosół z kurczaka z makaronem :D Ale tonkotsu-ramen, gotowany na wieprzowych kościach z dodatkiem, też jest strasznie smaczny i dobry pod wódkę, bo sam widok kosmicznej ilości tłuszczu zatyka tętnice. Do tego dodaje się jajka na twardo, cebulę dymkę, boczek, czasami jakiś wodorost.

Nie mam pojęcia co, ale cholernie dobre i ostre

W knajpie dali nam miskę czegoś, co wyglądało jak kompost, ale okazało się, że to posiekane papryczki z wodorostami, chyba kapustą (albo czymś podobnym) i sezamem. To było niesamowite, prawie wypaliło mi przełyk, zionę ogniem na samo wspomnienie, a z nosa automatycznie zaczyna mi kapać, więc możecie pojąć moją ekscytację. Mogłabym zjeść całą miskę.

Ramen wersja uboga

Na uczelni też mamy ramen, bardzo ubogi ramen, wydaje mi się, że to ten kurczakowy, ale mam niejasne wrażenie, że zwierzątka kolegują się w stołówkowym garnku i niekulturalnie pytać o przewagę gatunkową. Boczek to sam tłuszcz, ale za to dodają pędy bambusa. W tle sałatka i chleb melonowy. Co do sałatek, spodobało mi się, że można wziąć taką michę, odpakować, wybrać którykolwiek sos do sałatek (a mają chyba z pięć rodzajów) i użyć ile wlezie.

Kurczak z wodorostami i zupa miso

Zwykły kurczaczek, smażony w panierce, na głębokim tłuszczu, niestety mięcho tylko odłączone z kości, trochę pociachane i zebrane w jedną pulpę, którą potem smażą. Można trafić na naprawdę dobry kawałek, by próbować drugim wybić okno. To danie jest ujmujące w swej prostocie – kurczak, ryż, majonez, dziwny sos, jakieś zielone warzywo smakujące jak cebula i suszone wodorosty. Czasami człowiek ma ochotę na coś takiego. W zestawie zupa miso, której jestem wielką fanką. Samo miso to pasta sojowa, ale rozrabiają ją w dashi, japońskim rosole z ryby i wodorostów. Smakuje jak zupa na Wigilię.

Kotlecik i ślicznie pokrojony grejpfrut

Jak wspominałam, ja nie lubię kotletów, szczególnie umazanych w tym sosie, ale moja koleżanka z Włoch żywi się prawie tylko tym. Na zdjęciu możemy zaobserwować troskę Japończyków – dali durnym barbarzyńcom widelce na stołówce, jakby nie dali radę z pałeczkami. Co najlepsze, japońscy studenci korzystają z widelców w identycznym stopniu, co obcokrajowcy. Sporadycznie.

Krewety

Na początku pokusiłam się czasami o krewetki i byłoby to naprawdę dobre danie, gdyby nie ten cholerny sos. Zjada się całą krewetę w panierce, zostawia ogonek, bo trochę twardy. Oprócz tego pływają tam paski lanego ciasta (to chyba z sosu…). Obok artystycznie pokrojony grejpfrut.

Zupa miso pełna miłości

A propos artystycznego krojenia, oto skromny wyraz miłości, z którą kucharki przygotowują nasze dania. Tak, to marchewka.

Ryż z curry

To curry jest z knajpy, więc od razu można zauważyć przepych na talerzu. To naprawdę krzepiące, szczególnie kiedy człowiek zejdzie z wysokiej, stromej góry, po drodze mijając Japoneczki w szpilkach, albo dając się wyprzedzić jowialnej wycieczce emerytów (próbowałyśmy się z nimi ścigać, zgadnijcie kto wygrał, ale to inna historia). Obok równie obfita wersja zupy miso z lanym ciastem.

Ciężko powiedzieć, ale na oko mięso z kuraka, ryż i ser. I ukochana mugicha

Cóż… Jak wyżej. Na uwagę zasługuje mugicha. Cha (czyt. cia, jak ciasto) to po japońsku herbata. W związku z tym istnieją różne rodzaje -cha. Ocha, najczęściej zielona herbata, koucha, czarna, albo ta cholerna mugicha. Mugicha to prażona herbata jęczmienna. Może fani One Piece’a zauważą, że Luffy nazywany jest „Mugiwara”, co znaczy „słomkowy kapelusz”, więc w obu przypadkach mugi znaczy siano. I ta herbata smakuje jak siano zalane wodą. Albo jak zaparzone papierosy. Świetnie gasi pragnienie, ale chyba dlatego, że człowiek tak bardzo nie jest w stanie jej znieść, że wmówi sobie wszystko, byleby tego nie pić więcej.

Halloweenowa uczta

A to taka uczta na Halloween. W jednym zestawie za 15 złotych upchnęli omletową zapiekankę, zupę-krem z dyni i sałatkę z tuńczykiem. Nie pamiętam dlaczego wzięłam wtedy jeszcze owoce na deser, ale chyba błędnie oceniłam pojemność żołądka. Porcja dla słonia, ale wszystko pyszne, tym bardziej żal było zostawiać.

Dyniowa zupa i sałatka z tuńczyka

Zupa była – o dziwo – lekko pikantna, bardzo gęsta i smaczna. Nie jestem fanką dyni, ale naprawdę mi smakowało. Tuńczyka dali z puszki, doceniam jednak pomysłowość.

W tym momencie wymiękłam

Omlet, a w środku ryż z sosem pomidorowo-warzywno-mięsnym, wszystko zapiekane z serem. Na górze paseczki dyni czy innego bakłażana. Ser nie był tak do końca serem, tylko sosem serowym. Danie dali tylko okolicznościowo, ciągle czekam, że może pojawi się jeszcze raz.

Chlebek melonowy

Śniadanie w dni wolne wygląda mniej więcej jak powyżej, ale o wiele częściej jest bardziej wchłanianym niż jedzonym bananem gdzieś pomiędzy kuchnią, prysznicami, a moim pokojem (całkiem długa droga). Tak, bardzo nie lubię wstawać i nie zamierzam poświęcać cennych minut snu na przygotowanie czegoś bardziej wymagającego. Dlatego też większość porannych zajęć spędzam na myśleniu, co zjem na obiad.

Mini-ekspres przelewowy

Absolutny geniusz objawił mi się w postaci mielonej kawy w saszetkach. Dlaczego u nas nie wpadli na coś takiego? Nie lubię fusów w kawie i nigdy nie chciało mi się zainwestować w ekspres, bo potem trzeba go myć. I oto odkryłam ten wspaniały wynalazek.

Sposób działania mini-ekspresu przelewowego

Kupujesz kawę w saszetkach (w Japonii wszystko jest w saszetkach), odrywasz górną część, rozkładasz, montujesz jak na zdjęciu i zalewasz wodą. Szybko, czysto i prawdziwa kawa!

Japońska hojność

Przeżyłam szok kulturowy, kiedy kupiłam galaretkę i była wypełniona po brzegi. Spodziewałam się jakiegoś centymetra powietrza, płacę – wymagam, a tu co? Cały pojemniczek? Pogięło ich? Na czym oni zarabiają?!

Hiroszima trip

Zwykły wpis

Uwaga, to nie jest wesoła notka o przygodach w Japonii. Czujcie się ostrzeżeni. Długo się zastanawiałam, czy w ogóle ją opublikować, szczególnie pomiędzy narzekaniem a planowaną notką o żarciu. W końcu doszłam do wniosku – czemu nie, to też część moich doświadczeń w Japonii.
11 października profesor Scott zorganizował wycieczkę do Hiroszimy. Zaaranżował również spotkanie z kobietą, która przetrwała wybuch bomby atomowej, 6 sierpnia 1945. Miała wtedy 13 lat i pracowała w fabryce. Zwaliła się na nią wielka lada (taśma?) produkcyjna i utworzyła coś w rodzaju parasola ochronnego. Jej historia ogólnie jest bardzo smutna i na razie opiszę, co miłego zastałam w Hiroszimie, a potem dam ostrzeżenie, od którego momentu nie czytać, jeśli taka Wasza wola.

Pani Kajimoto – ofiara wybuchu bomby atomowej (z lewej profesor Scott)

Na miejsce pojechaliśmy Shinkansenem, najszybszym pociągiem chyba świata, a na pewno Japonii. W ogóle nie odczuwa się prędkości, chociaż zrobiliśmy 300 kilometrów w 1,5 godziny. Większość przejeżdżaliśmy w tunelach, ale trochę widoczków też popodziwialiśmy. Najchętniej zjeździłabym całą Japonię Shinkansenem, gdyby ktoś mi to zafundował. Za bilet w jedną stronę płaciliśmy równowartość prawie 300 złotych. Dla porównania – z powrotem wracałam na własną rękę nocnym autobusem (7 godzin), najtańszą opcją, i płaciłam 130 złotych.

Shinkansen

Profesor powiedział nam, że dobrze jest się przejść ze stacji do miejsca, gdzie wybuchła bomba (teraz jest tam przepiękny park). Nie wspomniał tylko, że to 40 minut biegiem, i ledwo zdążyliśmy coś zwiedzić przed wykładem pani Kajimoto. Hiroszima jest jednym z ostatnich dużych miast w Japonii, gdzie jeżdżą jeszcze tramwaje. Czułam się prawie jak w Krakowie. Gdy już dobiegliśmy do parku, zastaliśmy Genbaku Dōmu (Kopuła Bomby Atomowej), jedyny budynek w epicentrum, który przetrwał wybuch bomby. Robi duże wrażenie.

Genbaku Dōmu

Bardzo podoba mi się poniższe zdjęcie. Po lewej Genbaku Dōmu, a po prawej surferzy płyną rzeką. Pewno to zabrzmi naiwnie, ale nawet po największej katastrofie można się podnieść i żyć normalnie, czego dowodem jest ta scena. Straszne rzeczy się zdarzają, ale zawsze w końcu mijają.

Pani Kajimoto okazała się zaskakująco dobrze zakonserwowaną staruszką z poczuciem humoru. Profesor poprosił nas, żebyśmy wręczyli jej prezent i mnie przypadły w udziale podziękowania. Powiedziałam więc utartą formułkę, a pani Kajimoto zaczęła mnie jowialnie klepać po ramieniu (miałam siniaka!), prawie krzycząc: „Dobra jesteś z japońskiego, co nie?”. Nie wspominając o tym, że na pytanie o to, czy nienawidzi Amerykanów odpowiedziała: „W czasie wojny ich nienawidziłam, byli dla mnie jak diabły, wszyscy myśleliśmy, że to diabły i że musimy wyzwolić świat spod ich władzy. Po wojnie bardzo ich nienawidziłam [użyła innego, starszego słowa na nienawiść, taką prawdziwą, z głębi serca, tego słowa nie używa się już za bardzo], ale potem zobaczyłam na własne oczy amerykańskiego żołnierza. Pierwsze co pomyślałam to to, że jest bardzo wysoki. A potem, że zajebiście przystojny.” Nie, nie użyła słowa „zajebisty”, ale powiedziała to w bardzo współczesnym i kolokwialnym języku, że z powodzeniem można to tak przetłumaczyć (żeby wydźwięk był taki sam).

Od tego momentu robi się smutno. Amerykanie zrzucili bombę atomową w konkretnie wyznaczonym miejscu – w okolicach wyspy na rzece – prowadzi do niej most w kształcie litery T. Właśnie to T zostało wybrane jako miejsce łatwe do rozpoznania z powietrza. Teraz znajduje się tam przepiękny park, mnóstwo zieleni i wody. W parku jest również rzeźba Sadako Sasaki.

Sadako Sasaki

Dziewczynka przetrwała wybuch bomby atomowej, kiedy miała dwa lata, prawie bez szwanku, chociaż przebywała półtora kilometra od miejsca zero. Podmuch wyrzucił ją przez okno, ale przetrwała. Dziesięć lat później zdiagnozowano u niej białaczkę, następstwo napromieniowania, lekarze nie dawali jej więcej niż rok życia. Zgodnie ze starą japońską legendą, temu kto złoży tysiąc żurawi spełni się życzenie. Sadako bardzo chciała żyć, więc składała origami. Są dwie wersje tego, co się wydarzyło: jedna – nie udało jej się złożyć tysiąca, ale pomogli przyjaciele i w końcu żurawi była cała masa; druga – Sadako złożyła ponad tysiąc. Umarła tego samego roku, 10 miesięcy po zdiagnozowaniu choroby. Przyjaciele poruszeni jej śmiercią uzbierali fundusze dla upamiętnienia Sadako i innych dzieci, które zmarły z powodu następstw bombardowania Hiroszimy. Do dzisiaj uczniowie szkół podstawowych w całej Japonii składają origami i wysyłają w intencji pokoju na świecie.

Pamiątka na cześć Sadako – miliony origami składane przez dzieci

UWAGA, od tego momentu opisuję smutniejsze i bardziej drastyczne historie, więc proszę wybierzcie, czy chcecie czytać, czy nie. Czytaj dalej