Ciemność, ciemność widzę

Zwykły wpis

W Japonii jesień jest naprawdę piękna. Kolory nokautują w pierwszej minucie, słoneczko świeci, ale nie przypieka, wiatr jeszcze nie wieje z Sybiru, a już skończył z Mordoru. Wszystko w sam raz. Na początku listopada wybrałyśmy się paczką znajomych zakazaną, mało legalną drogą opuszczonej linii kolejowej, Fukuchiyamy. Działała od 1899 roku aż zamknęli ją niecałe 30 lat temu. Jako dziecko ze Śląska, jestem przyzwyczajona do łażenia po torach, więc podeszłam do pomysłu entuzjastycznie. Dojazd trwał wieki, ale pociąg przecinał tyle pięknych gór, że nikt nie narzekał.
Żeby dostać się na miejsce, wsiadłyśmy w linię Takarazuka. Słyszałam o wagonach tylko dla kobiet, ale jeszcze nigdy ich nie widziałam. To był mój pierwszy raz. W środku niczym się nie różniły od innych wagonów.
Człowiek w Japonii szybko uczy się, że wycieczki emerytów są wszędzie – bardzo liczne i żwawe (bardziej żwawe niż my, dwudziestolatki). Nie spodziewałam się jednak, że wybiorą też trasę, gdzie na każdym kroku widnieją tabliczki: NIE WCHODZIĆ, GROŹNE DLA ŻYCIA, NIE DEPTAĆ MARCHEWEK, etc. Tabun staruszków się jednak pojawił i nie dało się go wyprzedzić bez licznych obrażeń. Puściłyśmy ich przodem, żeby zrobić pobliskim pagórkom sesję zdjęciową. I tak nie byłyśmy w stanie dotrzymać im tempa.

Na ścieżce awangarda wycieczki emerytów

Dziura w moście, w dół jakieś 15 metrów

Piankowe niebo

Trasa obfitowała w tunele. Oczywiście nikt pandzie nie powiedział, że tunele są długie, bez światła i wypadałoby zabrać latarkę (którą musiałabym gwizdnąć z pokoju, ale nie deklarowałam jej w spisie, więc by nie zauważyli). Prawie umarłam tylko kilka razy, moje buty przeszły chrzest bojowy błotem, raz przebiegł jakiś szczur. W najgorszym (najdłuższym i wymagającym skakania po bocznych płytach) tunelu cały czas słyszałyśmy dudnienie, jakby ktoś dobijał się od drugiej strony. Jak już wspomniałam, panda ze Śląska, to miała w głowie tylko te wszystkie legendy o uwięzionych górnikach, i bajki o stworach zamieszkujących wnętrza gór. Nawet mi to się podobało, gdy źródło dźwięku mnie przerosło, bo okazały się nim boczne chodniczki, niektóre czysta prowizorka, a niektóre nietknięte od 1899 roku. Co chwila obluzowywała się płytka i waliła o drugą, i skąd ten hałas, który niósł się echem po całym tunelu. W ciemnościach człowiek dowiaduje się prawdy o sobie, o najmroczniejszych czeluściach jego charakteru. Wolałam surfować na tych płytkach, łapać równowagę w egipskich ciemnościach i prawie złamać nogę, dotykać ścian porośniętych czymś obrzydliwym, żeby tylko nie zleźć na dół i jak człowiek brnąć przez błoto, ale przynajmniej wyjść w całości. A wszystko po to, żeby nie musieć myć butów. Kiedyś ktoś mnie pytał, gdybym miała wybierać, jakim głównych grzechem bym została, wybrałam lenistwo. Obżarstwo znalazło się na drugim miejscu.



Ten był używany i przejechałyśmy przez niego w drodze powrotnej

Po wyjściu z jednego tunelu, tak na dokładkę jakby człowiek się już nie sponiewierał, zastałyśmy most. Przezwyciężyłam już stan „co ja tu robię?”, więc radośnie parłam na przód „wiem, że może być gorzej i gorzej będzie”. Na szczęście most miał kładkę obok.




Jak na miejsce, gdzie nie powinno się wchodzić, Fukuchiyama była bardzo zatłoczona. Spotkałyśmy nawet wycieczkę przedszkolaków, z czego jeden wykrzykiwał „Potwory! Odejdźcie stąd! Białasy!”. Myślę, że zostanie politykiem. Pani przedszkolanka zaczęła go uciszać dopiero, gdy skumała, że znamy japoński. Fasada, zawsze fasada. Widoki jednak wynagrodziły nadmiar ludzi.






Ogólnie miejsce bardzo pozytywne, można zejść na szlaki bardziej „legalne”, w górach jest świątynia (gdzie w Japonii nie ma świątyni…), wiśniowy park, mają też miejsce do wspinania się na skałkach. I w związku z tym, tutaj bonus, chodzące pudełka, czyli wycieczka właśnie takich skałkowiczów:

Reklamy