Narzekam więc jestem

Zwykły wpis

Często ludzie pytają się mnie, czego mi brakuje. Oto lista:

1. Chusteczek
Nie wiem czemu, ale Japończycy nie smarkają. Kichają, charkają, ale nie widziałam smarkającego Japończyka. Publiczne wycieranie nosa jest uważane za niegrzeczne. Dostałam kataru, przy którym biblijny potop to zaledwie mżawka, zapewne od wchodzenia do klimatyzowanych pomieszczeń, jakieś -40 stopni na oko, z 40stopniowego upału, kiedy jestem cała zlana potem. Próbowałam kupić chusteczki – takie zwykłe, żeby wziąć do torebki. Po trzech podejściach i prawie wsadzeniu sobie przykładowej chusteczki w nos, żeby zademonstrować użycie tych dziwnych papierowych ustrojstw, sklepowa pani w końcu zrozumiała i podała mi coś, co przypomina bardzo ubogą krewną naszych chusteczek. Są tak miękkie, że nie da się nawet nimi potu ścierać, bo natychmiast się rozpadają. Jedna chusteczka na jeden smark.

warabimochi – wyglądało fajnie, ale nie wiedziałam, co to, jak z połową rzeczy w sklepie

2. Antyperspirantów
Znalazłam, więc w sumie można powiedzieć, że mają je tutaj. Tylko że jeden chibi-antyperspirant kosztował koło 30 złotych za 10ml. Dla porównania za Rexonę (bo to właśnie nią znalazłam) w Polsce damy 10 złotych za 40ml. Jestem barbarzyńcą, z którego i tak leją się wiadra potu, więc chciałabym przynajmniej nie śmierdzieć. W drodze z Polski, razem z chusteczkami.

Kioto jest świetnym miejscem do wytchnienia

3. Czekolady
Milka mnie rozpuściła. Wedel mnie rozpuścił. Nie lubię Goplany, ale i tak jest lepsza od tego, co tu mają. Naprawdę próbowałam znaleźć coś, co by mi odpowiadało. Póki co – nic. Biała czekolada smakuje jak skondensowana śmietana, mleczna jak wyrób czekoladopodobny, co tylko leżał obok dziecięcego kakao i wchłaniał trochę aromatu przez osmozę, a o gorzkiej nie wspominam, bo nie przepadałam za nią nawet w Polsce. Zapewne japońska czekolada znajdzie amatorów, ale ja niestety jestem skazana na narzekanie.

pociągi najpierw mnie przerażały i doprowadzały do płaczu

4. Ciast
Uwielbiam sobie strzelić do kawy jakiś serniczek czy jagodziankę, czy babkę, agrestową chmurkę, marcinka, ptysia, cokolwiek… Nie znalazłam tutaj nic, co byłoby mi w stanie zastąpić polskie ciasta (z wyjątkiem melonowego chleba). Serniki są malutkie i cholernie drogie, cała reszta jest robiona na chemicznej bazie i głównie mamy tutaj to, na co w Polsce patrzyłam z pogardą, czyli wszelkie maści ciasteczka z mnóstwem kremu, wszystko popakowane i niekoniecznie świeże. Nie ustaję w poszukiwaniach.

5. Szybkiego Internetu
Działa jak chce, czyli w nocy śpi, rano daje rady i kiedy wszyscy są na zajęciach. O mojej 22-24 w Polsce jest 15-17, czyli pora rozmów, pisania na FB, Skypie, etc. Tylko że wtedy Internet działa najgorzej, Skype prawie nie odpala, wszystkie podesłane linki muszą czekać do następnego dnia i mniejszego natężenia ruchu.

…ale okazały się najbardziej wygodną rzeczą na świecie

6. Języka polskiego
Mam dużą wiedzę na temat Azji, jestem zresztą starsza niż większość ludzi tutaj, jedna z lepszych z japońskiego. Szlag mnie trafia, kiedy anglojęzyczni zaczynają mi tłumaczyć coś, co już wiem, albo – co gorsze – z czym się nie zgadzam, tylko dlatego że nie potrafię się ładnie wysłowić. Automatycznie przekładają moją ułomność językową na ułomność umysłową. Żeby oddać honor – większość taka nie jest i niektórzy nawet sami z siebie pytają się o różne sprawy. Na przykład ci z mojego akademika są naprawdę świetni i wyrozumiali. Ale czasami jest ciężko, bo czuję się jak dziecko.
Innym aspektem jest czasami to co ja nazywam „double lost in translation”. Dosłownie „podwójnie stracona w tłumaczeniu”. Nie dość, że czasami nie ogarniam japońskiego, to w takich przypadkach próbuje mi się go wytłumaczyć po angielsku, którego też czasami nie ogarniam. Kończy się na tym, że nie umiem się w ogóle wysłowić albo w ogóle zrozumieć kogoś. Na egzaminach często są zadania z tłumaczenia, z angielskiego na japoński, czyli najpierw muszę zaczaić, o co chodzi po angielsku, a potem przełożyć to na japoński. Ale i tak nie mogę narzekać, bo głównie jednak wszystko jest po japońsku, czyli jedno zawirowanie odpada. Na niższych poziomach często słuchanki mają angielskie odpowiedzi. Czyli musisz zrozumieć, co powiedzieli po japońsku, przełożyć to na angielski i dopiero zaznaczyć. Wiem, że jestem na amerykańskiej uczelni i dobrze wiedziałam, co mnie czeka, ale i tak jest ciężko.

japońska moda – dziurawe klapki z fałszywą koronką

Proszę mnie nie zrozumieć, że tu jest koszmarnie i nie chcę tu być. Nie mogłabym być bardziej zadowolona, żarcie jest pyszne, ludzie mili, zabytki wszędzie, miłe miejsca do spacerów, świetna okazja do nauki japońskiego, a także do podszkolenia angielskiego. Zajęcia wymagające, ale ciekawe. To powyżej to jedynie lista rzeczy, których mi brakuje. Wszędzie człowiek ma gorsze i lepsze dni, wszędzie mu coś nie pasuje. Wolę narzekać na braki tutaj niż jęczeć na życie w Polsce.

Reklamy

Myśl o chlebie, bo melon to woda

Zwykły wpis

Trochę o życiu w akademiku. Niestety w łazience nie ma warunków, żeby zostawić rzeczy na stałe, nawet jeśli mowa o szczoteczkach do zębów czy szamponie. Genialnym rozwiązaniem okazał się koszyczek ze sklepu Wszystko po 3 złote. Japonki zasuwają tylko z takimi.

babski szmelc

Przez pierwszy tydzień w akademiku mieszkały osoby, które potem wyprowadziły się albo na stancję, albo do wynajmowanego mieszkania. W dzień meldowania się i wymeldowywania się było trochę zamieszania, a przede wszystkim cały hol zawalony futonami (materacami) z pościelą.

wyprowadzka

Gniazdka mają inne napięcie, a przede wszystkim inne wejście niż nasze. Na szczęście łatwo kupić w Polsce przejściówkę. Ja mam dwie, jedną ultra-wypasioną-w-kosmos, którą miałam też w Chinach, i która nie tylko pasuje do każdego gniazdka na świecie, ale i obierze za ciebie ziemniaki, i drugą, zwykłą, na zdjęciu poniżej.

ziemniak

Odkąd tu jestem, miałam 3 pogadanki na temat segregowania śmieci. Jeden profesorek powiedział nam, że przeprowadził badania wśród japońskich studentów i zapytał ich w anonimowej ankiecie, czy kiedykolwiek popełnili jakieś przestępstwo. Wynik go zaskoczył, bo pozytywnej odpowiedzi udzieliło 80%. Następnym razem dodał jeszcze jedno pytanie – jakie przestępstwo. Okazało się, że źle posegregowali śmieci. Tak, to przestępstwo w Japonii. Jeśli nie posegregujesz śmieci jak należy, śmieciarze odmawiają ich zabrania i musisz przekopać się przez górę odpadków, żeby znaleźć w czym problem. Tak więc dostaliśmy dwie szczegółowe ulotki z instrukcją, jeden instruktarz na uniwerku, jeden na zajęciach, i odpytali nas jeszcze w akademiku. Wszyscy mają teraz coś w rodzaju paranoi co gdzie wsadzić i w najgorszym przypadku latamy do mamy i taty, żeby nam powiedzieli. Śmieci (z wyjątkiem tych do spalenia) należy umyć przed wyrzuceniem. Osobne kosze są na plastik, na odpadki organiczne, na puszki, na plastikowe butelki, na rozbite szkło i na butelki PET, cokolwiek to oznacza (chodzi o takie plastikowe butelki, z których trzeba zdjąć etykietę i zakrętkę i wsadzić do plastiku, a samą butelką do butelek PET). Trochę to zajęło zanim durne gaijiny ogarnęły.

nie ma żartów

Oficjalnie jestem jedyną osobą z Polski. W moim akademiku jest jeszcze Damian, który pochodzi z Warszawy, ale studiuje w Stanach, więc liczą go jako Amerykanina. Dobrze jest czasami używać własnego języka. Poniżej flagi uczestników (polska i węgierska obok siebie).

flagi stypendystów

Póki co mamy silną grupę reprezentacyjną w akademiku w postaci: Litwinki i Polki, Włoszki i Hiszpanki. Tak, Hetalia się kłania. Węgierka jest samotna.

Amerykanie i reszta biedaków

Obiady zwykle jem na stołówce, bo najdroższy kosztuje 15 złotych. Niestety mam tylko jedno zdjęcie miski ryżu z kurczakiem, wodorostami i majonezem, bo nie jestem dzieckiem Instagrama i zwykle zapominam zrobić zdjęcie żarcia, zanim je zjem. Postaram się poprawić. W każdym razie ta miska plus zupa miso (rybny rosół) jest chyba moim ulubionym daniem póki co. Najadam się jak świnia i potem głodnieję dopiero pod wieczór.

żarełko

Rano jestem przyzwyczajona do chleba, łatwo się z tego nie rezygnuje, nawet jeśli tutejszy chleb można pomylić z myjką do naczyń. Nadaje się do spożycia dopiero po potraktowaniu go tosterem. Znalazłam za to kawę jaką my mamy – przeżyłam ciężkie chwile, czy kupuję kawę rozpuszczalną, czy mieloną, czy metamfetaminę, a potem zauważyłam Nescafe. Zawsze coś na początek. Mleko też dostarczyło trochę rozrywki, to na zdjęciu okazało się mlekiem o niskiej zawartości tłuszczu i smakowało jak woda z mlekiem. Kubek kupiony we Wszystko po 3 złote. Jest na nim jakiś napis po francusku. Jedna Kanadyjka spojrzała na niego i poddała się, bo podobno zdania nie mają sensu. Czyli francuska wersja engrisha.

moje europejskie śniadanie

To co naprawdę lubię na śniadanie, to melonowy chleb. Smakuje i wygląda jak duża bułka, trochę na słodko. Są różne rodzaje, z orzechami, z nadzieniem, i mój ulubiony – z kawałkami czekolady. Są pakowane w paczki, ale nie wytrzymują długo, więc w sklepie zawsze mają świeże.

chlebuś

nagi chlebuś

Jeśli chodzi o żarcie, to w weekendy albo kiedy jestem leniwa i w złym humorze, i nie chce mi się iść na stołówkę, kupuję coś gotowego w sklepie. Daje radę, ale tylko dzień lub dwa, bo to na zimno, a mój żołądek jednak jest przyzwyczajony do czegoś na ciepło chociaż raz dziennie. Popróbowałam różnych rzeczy. Okonomiyaki to rodzaj omleta, nawet da się go odgrzać, ale jest słodkawy, więc mi nie smakuje. Podobnie jak ta poniższa porcja ryżu z surowizną. Dało się zjeść i miało małe pozawijane macki ośmiornicy, ale siódmy cud świata kulturalnego toto nie był. Zostanę przy sushi.

surowizna

Do niektórych zestawów sushi dodają małą buteleczkę sosu sojowego. Jest absolutnie urocza!

rybusia

Odkryłam, że mamy piekarnik! Znalazłam mąkę w sklepie! Mogę coś upiec, coś normalnego, wreszcie… Och, nie… Może chociaż pizzę… Albo coś płaskiego.

wielgachny piekarnik w szufladzie

Przygody Kapitana Frontbutta

Zwykły wpis

W akademiku, i podejrzewam, że na uczelni też, mnóstwo osób interesuje się anime i mangą. Czekam na stypendium, więc póki co nie rzuciłam się na mangowariackie pierdoły, jak wiele znajomych. I jestem z tego zadowolona, bo jak przeglądam te wszystkie figurki, zawieszki, broszki, zakładki, to stwierdzam, że większość jest absolutnie badziewna. Na przykład spędziłam dobre pół godziny ze współlokatorką, żeby złożyć figurkę jakiegoś debila, której non stop odpadały ręce. Po tych wszystkich staraniach koleś nadal wyglądał mocno ułomnie, więc pewnie taka jego uroda. Mnie by było szkoda 20 złotych na taki szajs. Gość został ochrzczony Capitan Frontbutt (Kapitan Dupoprzód), bo najpierw przez pomyłkę złożyłyśmy go na odwrót. I tak wyglądał lepiej niż w wersji ostatecznej.

kripi głowa jest kripi

Kible w Japonii to temat na magisterkę. Pierwsze spotkanie nastąpiło na lotnisku, gdzie naprawdę nie miałam pojęcia jak spłukać wodę. Bałam się nacisnąć cokolwiek, żeby nie ochlapało mnie albo wciągnęło. Deska się sama podgrzewała, co trochę przerażało. Na szczęście toalety w akademiku są najzwyczajniejsze na świecie, bez kokpitu do startowania w kosmos. Ten kokpit posiadają za to kible na uczelni:

kapsuła ratownicza statku kosmicznego

Proszę docenić moje poświęcenie, gdyż byłam absolutnie zaambarasowana robiąc zdjęcia kiblowi. Ciągle miałam wrażenie, że ktoś wlezie i mnie zauważy. Są bardziej zaawansowane toalety, ale nie będę robić zdjęć każdej muszli klozetowej, z której korzystam. Są też „stópki” czy „tureckie toalety”, czy „kucanki”, jak kto co zwie.

kokpit do odpalenia rakiety NASA

Może warto jeszcze wspomnieć uroczą historię dotyczącą łazienek. W japońskich firmach zauważyli, że mają ogromne straty na wodzie w damskich toaletach. Okazało się, że kobiety nie chciały, żeby wydała się największa tajemnica wszechświata – kobiety też są ludźmi i wydalają. W związku z tym zagłuszały wszelkie odgłosy przez wielokrotne spuszczanie wody. Teraz prawie każda japońska muszla klozetowa ma wbudowany dźwięk spuszczanej wody. Ja zwykle go nie używam, bo natężenie dźwięku jest na poziomie startu odrzutowca i potem wytaczam się z kabiny trochę przygłucha, krwawiąc z uszu.

przypadkowy automat do gry

Bardzo blisko uczelni jest szpital. Koleżanka już zaliczyła poważny wypadek na rowerze, póki co nie mam od niej wieści, więc mam nadzieję, że porządnie się nią zajęli. Urocze są malutkie karetki, które oprócz emitowania dźwięku podobnego co i u nas, dodatkowo mówią: proszę zachować ostrożność, jadę, proszę zachować ostrożność, jadę – absolutnie milutkim głosem małej Japoneczki. Tylko nieczuła świnia by jej nie przepuściła.

wjazd do starej części szpitala i karetka na sygnale

Uczelnia posiada ze 4 olbrzymie boiska i jedno małe. Te duże są dla klubów, często mijam uczelnianą drużynę bejsbolistów, którzy uwielbiają się rozciągać na matach na chodniku. Wysocy, umięśnieni, w fajnych wdziankach. Był pomysł, że potkniemy się o nich, artystycznie przewrócimy, a oni będą nas ratować, ale niestety usunęli się z drogi. Już trzy razy.

boisko

damska drużyna nie mam pojęcia czego

U nas dzieci boją się wielkich psów, szczurów, ewentualnie pani z sąsiedztwa, a dzieci w Japonii boją się kruków. Ja się nie dziwię, te dziady są wielkości małego psa i zwykle tak się spasą, że ledwo latają. Dźwięki, które wydają, też nie należą do najprzyjemniejszych. Polski kruk robi plus minus coś jak kraak. Japońskie robią KRAAAAKRKRAAAA. Nie przegapisz. Darzy się je takim szacunkiem jak u nas szczury. Śmieci do wywiezienia zostawia się w specjalnej siatce, żeby nie przyleciały i nie rozwlekły wszystkiego po ulicy.

stadko na remontowanej świątyni

Pojechałam do Osaki, która mnie przeraziła wielkością. Mówili mi, że jak odwiedzę Tokio, to nic nie będzie mi straszne. Jestem przyzwyczajona do maluteńkiego Cieszyna i spokojnego (poza maczetownią) Krakowa, więc zrejterowałam po 2 godzinach.

taki wysoki budynek widziałam tylko w Pekinie

Tsūtenkaku – Wieża Sięgająca Nieba (przy okazji reklama firmy Hitachi)

Poniżej Tennōji park i zoo, gdzie znalazłam trochę wytchnienia.

z dalszej perspektywy

Kioto z kolei chyba było mi przeznaczone. Przepiękne, spokojne miasto, z mnóstwem świątyń. Za drugiej wojny światowej wstawili je na pierwsze miejsce do rozwalenia bombą atomową, ale na szczęście jeden ważniacki koleś spędził tu miesiąc miodowy z żoną i usunął Kioto z listy. Chwała mu za to.

widoczek

Moja pierwsza odwiedzona w Japonii świątynia:

Byōdō-in, który jest na 10jenówce

I druga. Podobała mi się o wiele bardziej, pewnie ze względu na to, że trzeba się wspiąć prawie na czworakach na wzgórze, na którym ją zbudowali, a wiadomo, że wysiłek fizyczny podnosi poziom endorfiny. Nieważne, w każdy razie widoki były warte każdego kroku.

Kiyomizu dera – Świątynia Czystej Wody

Kioto w oddali

Kioto słynie z dobrej herbaty. Z zieloną herbatą można kupić wszystko – lody, ciasteczka, kuleczki ryżowe, wszystko. Nie przepadam za lodami, więc żarłam ciasteczko z herbacianym nadzieniem.

ciasteczko i herbatka w jednym

Czas jest godzillą wieczności

Zwykły wpis

Garść ciekawostek:

Nie zapuszczałam się jakoś bardziej w wielki świat, ale z tego co udało mi się zaobserwować trzy anime mają niezwykłą popularność. Shingeki no kyojin, Kuroko no basuke i… Sailor Moon. Rzeczy z nimi są wszędzie. Nawet w głupim spożywczaku. Wszystko w Japonii ulega jednak prawom mody, więc nie sądzę, żeby taki Kuroko (manga właśnie się skończyła) powisiał sobie w pociągach czy stacjach jeszcze długo. Shingeki ma trochę większe szanse, bo 1) manga wychodzi, 2) drugi sezon anime. Sailor Moon jest dla mnie zagadką, ale pewnie wszystko kręci się wokół tego dziwnego remake’a.

Sprzątaj z Levim!

Popularne dla kultury japońskiej są tanuki, czyli coś w rodzaju szopa. Japończycy wierzą, że tanuki potrafią zmieniać kształty, żyją sobie jak ludzie i czasami mogą psocić. Dzięki filmowi Miyazakiego szerzej łączy się je z ruchem ekologicznym. Tak czy siak, takie małe posążki są wszędzie, jak ten poniżej, który stoi w zabudowanym betonem mało urodziwym miejscu niedaleko dworca kolejowego. Jest wielkości dłoni.

Mała pani tanuki

W Japonii jest wszędzie z górki albo pod górkę. Czyli czuję się jak w rodzinnym mieście. Dla niektórych to szok (głównie Amerykanów z płaskich stanów), dla niektórych przyjemne urozmaicenie. Z drugiej strony wiem o japońskim nauczycielu z krakowskiej japonistyki, który jeździł po Polsce pociągami i kręcił filmiki, bo nie mógł uwierzyć, że Polska jest taka płaska.

Za wiaduktem stała pani tanuki

Jednego prawa w Japonii nie będę przestrzegać z całą pewnością. Otóż nie wolno chodzić i pić. Nie wódki, nie piwa, nie wolno chodzić i pić czegokolwiek. Tłumaczy się to złym obyczajem, że potem nie ma gdzie wyrzucić butelki (co w sumie jest prawdą). Po akcji z pierwszego tygodnia, kiedy udało mi się odwodnić dość, żeby poczuć się bardzo źle, piję kiedy chcę, z pełną świadomością, że jestem kryminalistą. Japończycy też specjalnie tego prawa nie przestrzegają, ale wiecie jak to jest. Jak obcokrajowiec złamie prawo, to postrzega się to dziesięć razy gorzej niż jak zrobi to Japończyk. Z drugiej strony, jeśli obcokrajowiec okaże trochę kultury, to Japończyki padają z wrażenia.

widoczek

Mam też coś dla tych, którzy narzekają na wiecznie rozkopane polskie drogi. W Japonii też nie jest tak różowo jak mogłoby się wydawać. Chociaż…

remoncik

słodkie słupki

słoniowe słupki

Jak u nas można spotkać wiewiórkę, kota albo, jak się ma szczęście, to i bociana, tak w Japonii wszędzie są żurawie. W jednym parku skubaniec siedział dwa metry od nas, kiedy w końcu uznał, że weźmie zad na drugą stronę sadzawki.

jak jest żuraw każdy widzi

Na razie tyle, pewnie jutro wrzucę coś o życiu w akademiku, bo to odrębna bajka.

There is no fork

Zwykły wpis

Mam nienormalny rozmiar piersi jak na Japonię. Jestem tu krótko, a przeżyłam chyba wszystkie rodzaje gapienia się. Ukradkowe spoglądanie znad komórki, radosne gapienie się dzieciaków, podwójne spojrzenie, gdzie najpierw czyjś wzrok prześliznął się po mnie, ale musiał wrócić do cycków, bo nigdy takich nie widział. Nie ubieram się też tak skromnie jak Japonki (długi rękaw – jest 35 stopni i wilgotność 100%!!! – i brak dekoltu). Nie jestem oczywiście jedyna. Właściwie wszystkie dziewczyny z większymi biustami mówią, że mają tak samo. Ze mną nie jest tak źle, bo poza dużym rozmiarem nie wyróżniam się ani za bardzo ryjem, ani kolorem włosów, ani skóry, ani oczu. Rude, blondynki i farbowane na jakieś ekstra kolory jak niebieski czy zielony – tu już jest gorzej. Ludzie się nie tylko gapią, ale też – po angielsku to się nazywa to give a face, dają twarz, i to naprawdę oddaje ten zdegustowany wyraz twarzy – ROBIĄ MINĘ, jakby oceniali naszą rodzinę kilka pokoleń wstecz.

taki widoczek

widoczek

Ceny w Japonii potrafią być podstępne. Podają jedną, plus tajemnicze + 税. Cóż, dla mnie mało tajemnicze, bo to ZEI, czyli podatek. Tylko że jeszcze nie znalazłam ile ten podatek wynosi, więc przy podanej cenie zastanawiam się, ile mi jeszcze doliczą. Wyczaiłam już, że jeśli coś jest po 100 jenów, to tak właściwie jest po 108 jenów. W restauracji, w której płaci się przy wejściu i można zeżreć ile się chce, napisali, że chcą 1500 jenów. Forsa przygotowana, okazało się, że jeszcze podatek, czyli 1620 (chyba, nie pamiętam) jenów. W każdym normalnym kraju podaje się ceny z wliczonym podatkiem. Nie w Japonii.

inny widoczek

Im coś jest bardziej różowe, tym bardziej kawai, słitaśne, słodkie, urocze. Wszędzie półki wypchane są różowymi rzeczami. Wszystko może być różowym pluszaczkiem, od myjek do garów po pudełko na żarcie, ołówki i gacie. Różowy jest piękny i musisz z tym żyć.

manga i anime wszędzie

Wszystko w Japonii jest naprawdę malutkie. Te auta są czasami jak połowa naszych, a kiedy jedzie takie pełnowymiarowe, wygląda jak potwór, jak taran do rozwalenia wszystkiego wokół. Kierowcy nie są zbyt mili na pasach, prawie nigdy się nie zatrzymują. Z drugiej strony nie złorzeczą, kiedy wejdziesz im pod maskę. I nadal nie mogę przyzwyczaić się do ruchu lewostronnego.

malutka uliczka z lampionami i potworem

Życie dość szybko nauczyło studentów, że z wodą nie ma żartów. Trzeba pić dużo. Nawet jeśli wydaje się, że się ochłodziło, nie ma słońca, pada, niebo jest zachmurzone. Inaczej kończy się odwodnieniem i w najlepszym przypadku człowiek czuje się jak na kacu z piaskiem w pęcherzu, w gorszym dookoła biegają przerażone Japończyki i próbują wziąć delikwenta do szpitala. (Nie, mnie się to akurat nie zdarzyło, mnie tylko łeb bolał.)

Zawsze trzeba nosić parasolkę. Bez względu na pogodę. Nie ma żadnej gwarancji, że po 20 minutach z bezchmurnego nieba nie spadnie ulewa. Nie łagodny deszczyk, który może dałby radę się zebrać w tym czasie na polskim niebie. Będzie prało żabami aż wyginą. Wszyscy mają parasolki po 100 jenów (3-4 złote, przezroczyste), więc nikt nie jest pewien, czy cały czas nosi swoją, czy może kolejną. Za to wszędzie są stojaki i jeśli parasolka wyróżnia się czymś, to nikt jej nie ruszy (w przypadku stojenówki jakaś na pewno będzie, ale czy ta sama – trudno powiedzieć).

rzeczunia, jakieś dzieciaki łowiły w niej raki czy inne godzille

Japończycy są ekstra uczynni i mili. Załatwiłam coś w rodzaju biletu miesięcznego na wszystko – busy i pociągi, z tym, że wpłaca się forsę na kartę, a potem ją zużywa. Wypikałam sobie, ile mi zostało kasy – dość. Wychodzę (w autobusie płaci się przy wyjściu), karta nie działa. Pan kierowca uprzejmie wziął ją ode mnie, sam spróbował piknąć, nie pikło, podrapał się po głowie, zrobił coś z maszyną, dalej nie pikło, kopnął w maszynę – o, działa! Ani przez sekundę nie sugerował mi, że to z moją kartą jest coś nie tak, jeszcze przepraszał, że coś mu się zepsuło. W sklepach pani przekłada rzeczy z koszyka do koszyka, kiedy je kasuje. Zabierasz koszyk i idziesz do stolika z jednorazówkami, gdzie pakujesz nowy dobytek. Jako że jestem obcokrajowcem, póki co, ciągle pakują to za mnie. Przyglądałam się i zauważyłam, że Japończyki same pakują zakupy, a mnie ekspedientki. Super.

malutkie bananki, są pyszne, smakują jak banan tylko bardziej

W sklepach łatwo można się pogubić. Raz prawie wyszłam ze sklepu (z pełnym koszykiem niezapłaconych rzeczy), bo wszystko mi się porąbało. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Myślę, że mogłabym spokojnie wynieść te rzeczy, zapytać randomowego przechodnia co to, po czym wrócić do sklepu i zapłacić za to. Kasy rzadko są na końcu, raczej koło środka, więc wyjście z czymś dodatkowym jest bardzo łatwe – nie, nie planuję kraść w Japonii, ale czuję się źle z tym, że w Polsce takie sklepy by nie przetrwały.

moje podstawowe żarcie od czterech dni – około dwie dychy za takie pudełko

Amerykanie w moim akademiku są naprawdę świetni. Słyszałam różne historie z różnych akademików, ale ci tutaj są fantastyczni. Pomocni, weseli, przyjacielscy, nie osądzający. Pożyczą forsę, rozmienią, pokażą ci wszystko co wiedzą. Zauważyłam tylko, że nie są przyzwyczajeni do tego, że ktoś nie rozumie ich języka. W Europie każdy wie, że dla 90% angielski to drugi język i jakoś łatwo się zrozumieć, czasami wystarczą gesty, dźwięki, miny, krótka pantomima. Z Amerykanami nie ma tak łatwo, dużo wolniej łapią, co chcę powiedzieć, jeśli nie znam nazwy albo nie wiem jak coś ująć. Europejczyki dogadują się o wiele łatwiej, chociaż używają nie swojego języka (gadałam z jednym Anglikiem i też łapał szybciej, co chcę powiedzieć).

krowi sik

Jedna Amerykanka powiedziała mi, że nazywają to cow’s piss (sik krowi), szczególnie japońskie dzieci. Podobno dlatego, że ten napój jest zabarwiony na biało, nieco mętny, zupełnie jakby ktoś dolał do niego mleka. Zapytałam jak od mleka można dojść do siku, na co Norweżka odpowiedziała, że można, o ile jest się kiepskim z biologii (da-bum-tss). W każdym razie to mnie nabrało, myślałam, że butelka jest mętna i to tylko zwykła woda. To coś okazało się obrzydliwie słodkim napojem z jakimś chemicznym posmakiem. Rozcieńczony smakuje jak woda z cytryną. Lepsza rzecz – Japończyki podobno rozcieńczają tym spirytus (potato vodka?) i mają krowiosikówkę.

Długo obiecywane zdjęcie kibli już wkrótce! CDN.

Aka de Mik

Zwykły wpis

Akademik jest spoko, dobrze zaopatrzony w Japończyków. Mówią dobrze po angielsku, ale chętniej po japońsku, co w mojej sytuacji, okazuje się całkiem spoko. Teraz mała wycieczka po moim akademiku:
Tak wygląda korytarz, jak widzicie, nie różni się za bardzo od polskiego korytarza. Na piętrze są babki, na dole faceci. Mieszkam na końcu, a kible są po drugiej stronie akademika, więc czekają nocne wycieczki z pełnym pęcherzem.
Mamy też salę komputerową, więc nawet, kiedy umrze mój komputer, mogę spamować dalej.
Mamy też kuchnię, ale nie jest na razie otwarta, nie możemy gotować. Za tydzień wszystko będzie dostępne. Kręci się sporo Japończyków, więc zawsze można zapytać jak użyć maszynki do gotowania ryżu czy mikrofalówi, która wydaje najbardziej uroczy dźwięk świata, kiedy skończy podgrzewać.
Każdy ma przydzielone swoje miejsce w lodówce – jedna na cztery osoby – co jest po prostu zajebiste, biorąc pod uwagę temperatury. W kuchni jest klima, w pokojach też, ale na korytarzu już można umrzeć.
Jesteśmy w Japonii, więc nie może zabraknąć kapciuszków!
Więcej kaciuszków! Kapciuszki są wszędzie! Idziesz do kibla – kapciuszki, idziesz na taras – kapciuszki, idziesz pod prysznic – kapciuszki, idziesz do wyjścia:
Musisz ubrać/zdjąć butki. I założyć kapcie. Każdy pokój ma swoją półeczkę.
Mamy pralnię.
I miejsce do suszenia na tarasie. Taras w ogóle jest fajny i ma całkiem niezły widok.


Przez pierwszy dzień zastanawiałam się, co tak śmierdzi w holu, i dzisiaj okazało się, że nasi host-parents lubią kadzidełka.
Wszędzie stoją automaty z napojami – co zaskakujące z jednego automatu wypada ciepły napój – kupujesz ciepłą, puszkowaną kawę, trzeba uważać, żeby się nie poparzyć – jak i zimny albo nawet zmrożony. Automaty są naprawdę co kilka metrów i mają chyba wszystko, ale głównie alkohol, papierosy i zimne napoje.
Na koniec wejście do mojego pokoju:
Na razie mieszkamy w trójkę, ale za tydzień wyprowadza się Lisa, więc zostaniemy w dwójkę.
I na sam koniec widok z mojego okna. Uwielbiam ten różowy rower. Wszystko w Japonii jest malutkie – malutkie Japończyki, autka, rowerki, skuterki, mostki, drogi – ta na zdjęciu jest bardzo wąska, a wciąż dwukierunkowa plus miejsce dla pieszych. Japończycy uwielbiają jeździć na rowerach i kiedy pada deszcz wszyscy jeżdżą z jedną ręką na kierownicy, a drugą trzymają parasol. Wygląda jak cyrkowa sztuczka.

Latanie (nie) jest fajne

Zwykły wpis

W przeddzień wylotu nie spałam za wiele, jakieś 2-3 godziny, bo o 2 w nocy musieliśmy wyjechać z Cieszyna do Pyrzowic. Na lotnisku przetrzepali wszystko i w ogóle średnio, łącznie z niemiłym panem, który czepiał się kosmetyków, chociaż wszystko było zgodnie z zaleceniami. Lufthansa to jednak Lufthansa, stewardesy mówiące po polsku, niemiecku i angielsku – szał. Nie leciało się jednak zbyt wygodnie, bo do Frankfurtu tylko półtora godziny, więc człowiek nie zdążył się wygodnie rozłożyć.

Lotnisko we Frankfurcie jest gigantyczne. Samolot wylądował, zaparkował, przyjechał po nas autobus – i jechaliśmy do terminalu 10 minut. Na szczęście następny samolot był z tego samego budynku, więc jakoś dało radę. Oznaczenia też mieli niezłe. Tylko nie mogłam wyjść z szoku, bo literalnie nikt nie skontrolował mnie. Tylko raz pan poprosił paszport. Nikt nie zaglądał mi do toreb, nikt nie kazał przechodzić przez bramki. Nawet boarding był automatyczny, tylko przeciągnęłam biletem po czytniku i bramka się otwierała.

Ogólnie warunki lotu były świetne, miałam cały rząd dla siebie, ale jednak 11 godzin lotu i wysokość 11 kilometrów robi swoje. Nogi mi spuchły tak, że w Japonii nie umiałam ubrać butów. Z nosa co chwila puszczała się krew i miałam wrażenie, że gałki oczne mi eksplodują. Od klimatyzacji i ciśnienia zatkało mi nos – nie mogłam ani smarknąć, ani oddychać, i czułam jakby w moim mózgu nastąpiła implozja. Nad Uralem zaczęły się spore turbulencje, spadliśmy chyba z 600 metrów. Mama mówiła, że tam też samolot się stracił z radaru. Jednak co Rusy to Rusy.

Z drugiej strony mogłam spać normalnie jak na łóżku, bo 3 siedzenia spokojnie do tego starczały, jedzenie było bardzo dobre – dostałam jakiś japoński stuff, przemielone kurczaki z jajecznicą i ryżem, wyglądało nieciekawie, ale samolotowe żarcie zawsze wygląda nieciekawie. Smakowało dobrze. Do tego pierdylion przekąsek – japońskie kanapeczki z ryżu, niemieckie kanapeczki z nie mam pojęcia czego, wafelki z milki… Za darmo wino, szampan, piwo, soft drinki, dolewka kawy, herbaty, wody, soku ile się chce. Stewardzi i stewardesy robią wszystko o co poprosisz, łącznie z tym, że w pewnym momencie obudziłam się przykryta kocem, leżąc rozwalona na 3 siedzeniach. A jakiś koleś zasnął nad żarciem, zabrali mu je, poskładali stoliczki, żeby było mu wygodnie, a jak się obudził, to mu odgrzali i dali jeszcze raz. W ekonomicznej klasie! Nie wyobrażam sobie, co oni wyrabiają w biznesowej. Kible takie sobie, ale czyste, z papierem, środkami dezynfekującymi, etc., tylko strasznie małe. Ja się ledwo obróciłam. Co do formalności – dostaliśmy dwie karteczki do wypełnienia, czy nie przywozimy narkotyków, bomb, papierosów, broni palnej, czegoś na handel i takie tam…

Najlepiej mi się spało, jak samolot miał lądować, ale cóż. Całą drogę nie było nic widać, na dole warstwa chmur, na górze niebo i koniec. Za to lądowanie dostarczyło niesamowitego przeżycia, pt. czy my mamy zamiar wodować? Pas do lądowania zaczyna się tuż przy morzu. Człowiek zaczyna dostrzegać pojedyncze zmarszczki na wodzie, a pasa nie, więc w sumie trochę się zestresuje. Wysiedliśmy z samolotu, tłum małych Japończyków poniósł mnie w stronę pociągu. Przyjechał po nas pociąg (!) i zawiózł do terminalu. Dalej trochę chodzenia, stanęłam w złej kolejce, ale to nic, pan grzecznie wysłał mnie do innej… Całość trwała chyba ze 40 minut, bo wyrabiali mi kartę stałego pobytu. Bałam się o bagaż, czy doleciał, czy nic nie brakuje, czy będzie na mnie czekał, skoro formalności tak się przeciągają… Przeszłam przez punkt graniczny, czekam na jakieś kontrole, bramki, etc… Nic. Idę, patrzę, mój bagaż zdjęty z taśmy i pan z ochrony pilnuje. Z uśmiechem podał mi walizkę. No dobra, idziemy dalej, w końcu została mi deklaracja celna, więc pewnie teraz mnie przetrzepią. Pan spojrzał na mnie, na bagaż, zapytał, czy może mówić po japońsku, ja że spoko, pan się ucieszył, zapytał, czy na stypendium, ja że tak, wyraził podziw, że spakowałam się do takiej małej walizki, zabrał deklarację, oddał paszport i życzył miłego pobytu. Moment, to nie mam dawać mojej walizy do tych śmiesznych urządzeń? Nie, jedź i baw się dobrze. No dobra, gdzieś musi być haczyk. Może dalej będzie coś do prześwietlania. Wychodzę z nowo poznanymi koleżankami z uniweku, a tam lotnisko i wyjście. Jestem w Japonii!

Od schodów jacyś obcy ludzie zaczęli mi machać, że są z mojego uniwerku, tu mamy punkt spotkania, skąd jestem (Poland? COOOOOL!), że autobus przyjedzie po nas za godzinę, czy mam drobne do automatu, mogą pożyczyć/rozmienić, na górze jest McDonald. Byłam trochę głucha po samolocie (ciśnienie), ale wszyscy wyglądali jakby ich coś zjadło i zwymiotowało, więc dogadywaliśmy się dobrze. Potem przyszły do nas Japończyki z uniwerku, pobrali opłatę za odebranie nas z lotniska, podstawili autobus (starszy pan siedział w luku bagażowym i układał nasze walizki – bałam się, że umrze, bo niektórzy mieli po 40 kilo bagażu) i odwieźli do akademików.

Jako że jestem w najmniejszym akademiku, nikt inny nie przyjechał przede mną, więc miałam prywatnego oprowadzacza. Dali nam teczuszkę z informacjami, rzeczami do załatwienia, dokumentami, i wszystkim, z wyszczególnionymi sprawami do zapłaty, gdzie się stawić, jaka kolejka obowiązuje przy testach i tak dalej. Potem zabrali na shopping tour, ale byłam taka zmęczona i zagubiona, że w końcu kupiłam tylko coś do picia. Potem przetrwałam dzień zwiedzając akademik, obczajając prysznice (to będzie osobny artykuł, te prysznice naprawdę na to zasługują), spotykając ludzi… I poszłam spać o 21. Przespałam całą noc do 5 nad ranem, bez żadnych problemów.

CDN.