Idziemy na Ring

Zwykły wpis

Któż nie obejrzał amerykańskiej wersji Ringu (Verbinskiego)? Tego irytującego, zzieleniałego (przywodzący na myśl coś skiśniętego) i infantylnie straszącego filmu, w którym musieli podać Amerykanom wszystko na tacy, bo inaczej nikt by nie zrozumiał, może tylko jeden ktoś zatchnąłby się popcornem w kinie, zszedł gwałtownie z tego łez padołu i przysporzył dziełu nieco reklamy.

Moja opinia oczywiście jest moja i de gustibus non disputandum est, komuś się jednak podobał. Należałoby tu jednak zauważyć kilka uroczych faktów. Kto interesuje się horrorami na pewno zauważy różnicę między zachodnimi a pochodzącymi z szeroko pojętego Dalekiego Wschodu. Zachód straszy wyskakującymi gollumami, urwanymi nogami, twarzą Paris Hilton, szaleńcami w maskach, i tym podobnymi… W Azji są nieco bardziej wysublimowani (choć przyznaję, że nie zawsze, szczególnie gdy budżet nie jest oszałamiający albo reżyser został zdrowo kopnięty), a ogólna tendencja zwraca się ku motywie zemsty. Podobnie jest w japońskiej wersji Ringu (Nakaty). Nie uświadczymy tu uroczych hintów w stylu konia popełniającego samobójstwo na widok przygłupiej miny odtwórczyni głównej roli, ani opowiedzenia całej historii od A do Z przy zielonkawej scenerii, jakby scenarzysta i reżyser wiedzieli, jak bardzo muszą film skiepszczyć, żeby nadawał się do dystrybucji w Stanach Zjednoczonych i nakręcili go przez dno opróżnionej uprzednio butelki. Japoński Ring bardziej klimatyczny – i jeśli chodzi o moje prywatne uczucia – to o wiele bardziej straszny. Nie o tym jednak.

I SEE YOU

Czytaj dalej

Reklamy