Japonia to jest zasadniczo kraj przekwitłej wiśni

Zwykły wpis

W styczniu, w przerwie międzysemestralnej pojechałam do Tokio. Do teraz nie pojmuję, czemu to zrobiłam, ponieważ to miasto nijak nie leżało na mapie miejsc, które chciałam zobaczyć. Nawet nie wiedziałam, co tam mogę zwiedzać. Na szczęście wyciągnęła mnie Węgierka, a ona miała pomysł na siebie, co za tym idzie, mogłam posnuć się za bratankiem z braku laku. Całość wyglądała mniej więcej tak:

Dziennik pokładowy.

Dzień pierwszy
Wciągnęłam walizkę z kosmiczną ilością bielizny, bluzek i lekarstw pod górkę z przystankiem. Na dzień dobry pan kierowca opieprzył mnie za opieszałość w siadaniu na miejsce, co wcześniej mi się nie zdarzyło, w ogóle nie zdarzyło się, żeby jakikolwiek pracownik czegokolwiek w Japonii mnie opieprzał. Dobry start. Na stacji wkurzyłam towarzyszkę podróży tylko trzy razy. Pojechałyśmy z Kioto shinkansenem, zwanym pieszczotliwie szynkansenem.

Shinkansen (czyt. sinkansen, jak w siny)

Mogłyśmy polecieć z Osaki, co nawet byłoby o połowę tańsze, ale 1) nie lubię lotnisk, 2) dojazd na lotnisko z Hirakaty zajmuje godzinę, 3) dojazd z Narity do Tokio zajmuje godzinę i kosztuje dużo. Na lotnisku odprawa, sprawdzanie koszerności gaijina i te sprawy, więc podziękowałam i zburżuiłam pieniążki. Bilety na szynkansena kupuje się albo w automacie, albo u pani w okienku. Zawsze to miło pogadać z drugim człowiekiem, więc pani sprzedawczyni wszystko wyjaśniła w bardzo ładnym, urzędowym, trudnym japońskim. Węgierka już to przerabiała, więc ogarniała więcej, ja nie ogarniałam nic, ale to akurat mój naturalny stan w podróży. Nienawidzę podróżować.
Bilety można kupić zarezerwowane na konkretną godzinę i z miejscówką, albo tak zwane „wolne miejsca”. Wtedy trzeba się ustawić na przedzie, dla takich biedaków są pierwsze trzy wagony i tam jak w polskiej kolei – kto pierwszy, ten lepszy. Shinkansen jedzie z prędkością koło 300 kilometrów na godzinę i wcale tego nie czuć, póki nie pójdzie się do kibla. W toalecie wszystko się trzęsie, na szczęście muszla spłukuje się tak długo, aż sama nie uzna, że już się wyczyściła. Tak czy inaczej wpieprzyliśmy się w góry z prędkością światła, więc ogłuchłam (zmiany ciśnień w Japonii to poważny problem, tym bardziej, że Japończycy ich nie czują i kompletnie nie pojmują związku bólu głowy i senności z pogodą; ot kultura). Pan zawiadowca płakał przez interkom, że mamy osiem minut spóźnienia i przeprasza pasażerów i prosi, żebyśmy nie chowali urazy przez trzy pokolenia do przodu. Gdzieś z tyłu głowy tłukło mi się opóźnienie pociągu z Krakowa do Katowic, sięgające jakiś trzech godzin, i radosne stwierdzenie „pani, ciesz się, pani, że pani dojechała”.

Dziwna sosna w parku Ueno

Dotarłam. Półżywa, głucha, głodna wylądowałam w parku Ueno. Reszta dnia została zapamiętana jako ciąg nieskładnych wspomnień, w których ja gdzieś idę, ludzie gdzieś idą, dużo ludzi i jedna ja, i nie zgubić Węgierki, bo nie dojadę do hostelu.

Jaki jest waleń każdy widzi

W Ueno jest dużo ciekawych rzeczy, szkoda, że nie zwróciłam na nie uwagi, ciągle półżywa po zmianach ciśnień w shinkansenie. Niemniej jednak, w parku jest jakaśtam galeria a do tego muzeum przyrodnicze z naturalnej wielkości figurą walenia, bo czemu nie.

…otwórz człowieku konserwę…

W Japonii obecnie bardzo popularne jest anime Shingeki no kyojin, głównie o tytanach zjadających ludzi, w sumie wciąga. Problem w tym, że nawet kiedyś bardzo je lubiłam, tylko po pół roku plakatów, zawieszek, reklam, anime, mangi, doujinów, chusteczek z mordami bohaterów czy czołówką anime (Guren no yumiya) wyskakującą jak Elsa z Let it go, trochę mi się odlubiało. Człowiek jedzie do Tokio, wchodzi do pierwszego z brzegu parku, a tam wielki zjazd fanów, tak zwany event (jap. ebento). I otwórz tu człowieku lodówkę…

Główny budynek muzeum a z przodu tekturowy kartofel w spódniczce (mam nadzieję, że to kartofel, to była jakaś reklama DLA DZIECI)

Nie lubię muzeów, nie cieszą mnie te zbieraniny garnków i w ogóle nudzę się jak mops, ale muszę przyznać, że Muzeum Narodowe w Tokio zrobiło na mnie wrażenie. To całkiem spory kompleks z milionem sal. Tylko… Czy naprawdę w Japonii nie ma tłumaczy? Czy naprawdę jest tak trudno walnąć ciężki do zrozumienia opis rurki z Mezopotamii po angielsku? Coś oczywiście było, ale wystarczył jeden rzut oka i krótka analiza w moim niedorobionym japońskim, że na pewno nie było to tłumaczenie dokładne. Czasami właściwie nie trzeba w ogóle znać japońskiego, żeby stwierdzić, że jedno angielskie zdanie podsumowania nijak się ma do ściany krzaków obok.

Jakieś malunki z któregośtam wieku

Muzeum posiadało spore zbiory z całej Azji, nawet coś z Europy mieli (ciekawe skąd świsnęli, pewnie od Brytyjczyków), ale mało. Zaskoczyła nas cała wystawa poświęcona Mezopotamii oraz niezbity dowód, że już w kolebce cywilizacji sztuczne piersi liczyły się bardziej niż charakter:

Nieosiągalny kanon piękna

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wytaszczyłyśmy się z kompleksu muzealnego (bo zamykali). Postanowiłyśmy zjeść coś i przetransportować się do hostelu. Bardzo bałam się tokijskiego metra, bo nawet Japończycy opowiadali o nim legendy: zagubieni turyści wytaczający się z tuneli i pytający który mamy rok czy siedzące w wagonach nawiedzone szkielety mające wciąż nadzieję, że w końcu rozpoznają stację, gdzie ich właściciele mieli wysiąść dwadzieścia lat temu. Wszystko to bujda. Tokijskie metro jest idiotoodporne. Niestety nie tłumoodporne i czasami to właśnie ludzie mogą ponieść cię w siną dal, z dala od twojej stacji przesiadkowej, ale zawsze w końcu znajdzie się wnęka, żeby uskoczyć i przemyśleć decyzje życiowe z gatunku „tam chyba był znak na Akihabarę, to ja muszę w drugą”.

Urokliwy mural przed hostelem w Ryogoku

Hostel jak hostel, dość zachodni nawet, mówili po angielsku. W metrze nikt się na mnie nie gapił. Nie komentował. To wielka nowość. Jechali inni obcokrajowcy bardziej zagubieni niż ja. Jechali inni obcokrajowcy mówiący bardziej płynnie po japońsku niż ja. Wylądowałam na innej planecie.

Park Ueno i tulipany w styczniu, bo kto bogatemu zabroni

Bonus:

Słodki ziemniaczek z budki ze słodkimi ziemniaczkami

Wygląda jak frytki w ekologicznym opakowaniu, ale nie. Słodkie ziemniaki same rozwidlają się na takie strączki i trzeba je wyszarpywać ze skórki. Dobre. Sycące. Tylko strasznie się kleją i potem kleiła się moja kurtka, torba, walizka i przypadkowy pan w metrze, bo zabrakło mi rurki do złapania się, a jego ramię spełniło rolę całkiem znośnie.

To był długi dzień.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Japonia to jest zasadniczo kraj przekwitłej wiśni

  1. Jak ja to rozumiem – tak samo nienawidzę zwiedzać, oglądać, przemieszczać się… Ale się trafia tak w życiu, że człowieka poniesie i musi to znieść. Podziwiam za hart ducha. Najważniejszy to zdrowy dystans.

    • Oglądać lubię, zwiedzać zależy co. Lubię mieć bazę wypadową i jak już siedzę w tej bazie, to mogę jeździć dookoła :D

  2. Wciąż mi trudno uwierzyć, jak można nie lubić podróżować, ale cóż, cieszę się, że raz na jakiś czas się zmuszasz – bo piszesz o nich znakomicie :D
    Waleń jest super!
    Mnogość Shingeki w przestrzeni publicznej wygląda naprawdę zabawnie xD
    Ten creepy ziemniak-stand wygląda trochę jak Digimon, ale kto tam wie co on ma znaczyć…
    Cycki!
    Uwielbiam Twój opis zagubienia się w japońskim metrze :D

    Mam nadzieję, że kolejna część relacji będzie w miarę szybko, chcę wiedzieć co dalej!

  3. Zastanawiałam się ostatnio, czemu Manggha poskąpiła opisów pod swoją wystawą, widzę jednak, że po prostu starają się być bardziej japońscy od Japończyków :)

  4. Vegs

    W razie ponownej wizyty w Tokio, polecam Muzeum Edo-Tokyo :). Świetna sprawa, mają naturalnej wielkości rekonstrukcje budynków z okresu Edo :)
    A co do metra tokijskiego, to chyba najlepiej jeździć linią Yamanote (przynajmniej ja nią najczęściej jeździłam :P) – metro jeździ w kółko, obiegając najważniejsze punkty miasta :P. Mniejsza szansa, że się człowiek zgubi :P. Tak w sumie, to chyba bardziej paryskie metro było dla mnie trudniejsze do ogarnięcia od tokijskiego^^”. Jak nie znałam jakiegoś kanji w nazwie potrzebnej mi stacji, to albo nosiłam ze sobą denshi jishou, albo pytałam przypadkowego przechodnia, który ze znaków na tablicy to dana stacja.

  5. Maryshia

    Kompletnie nie podoba mi się wpis. Bardzo mnie irytuje wieczne malkontenctwo, które aż przecieka z tej notki. Rozumiem, że można nie lubić zwiedzać i podróżować. Nie wnikam, po co autorce tekstu w takim razie ta wycieczka, ale… jak widzę opisy do zdjęć „jakiś tam obrazek, z któregoś tam wieku” to mnie szlag trafia. Trochę poszanowania dla czyjejś kultury! 3:[

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s