Czasami lepiej użyć miotacza ognia niż narzekać na ciemność

Zwykły wpis

Dzisiaj mijają cztery miesiące odkąd jestem w Japonii.

Wiecie jak to jest, kiedy człowiek już przywyknie i prawie nic go nie dziwi. Nie jestem też specjalnie zdjęciową osobą, czasami po prostu wolę nacieszyć oko niż wygrzebywać aparat spod rzeczy w plecaku. Udało mi się przedłużyć pobyt na następny semestr, teraz nie muszę tak bardzo przejmować się ocenami, więc może znajdę więcej czasu, a przede wszystkim będę się mniej stresować. Ogarnęłam pociągi, polubiłam Kioto, nawet posprzątałam mój pokój po całym semestrze (tylko Osakę jeszcze muszę oswoić). Zdarzały mi się różne przygody, jedne śmieszne, inne mniej, ale w sumie żałuję, że jednak ich nie zapisywałam. Całkiem dobrze bawiłam się czytając wcześniejsze notki (chociaż koszyczek z jednego ze zdjęć dawno szlag trafił, szajs ze sklepu wszystko po 3 złote). Znalazłam już substytut ciasta, który polubiłam, chociaż ciągle mam wrażenie, że to po prostu standard smaku mi się obniżył. Ciągle nie mogę się nadziwić jak malutkie są tutaj samochody. Moją przezroczystą parasolkę rąbnęli na uczelni. Panie z sklepie zaczęły mówić do mnie po japońsku. Życie w akademiku jak to życie w akademiku: kuchnia zawalona garami a kible wiecznie zatkane. Pani Mama (opiekunka akademika) czasami wpada z furią, żeby opieprzyć studentów. Też bym tak robiła, jakbym miała magistra z literatury francuskiej, a musiała przetykać zlewy zatkane ryżem, bo jakiś debil nie umie używać maszynki do ryżu. Kapcie w Japonii to nie wygoda, to religia. Do publicznych super-kibli się przyzwyczaiłam, aczkolwiek na Hobbcie straciłam całą scenę umierania sam-wiesz-kogo, bo nie umiałam znaleźć spłuczki w kinowej toalecie. Pomogło kiedy zdjęłam okulary 3D… Zaczęłam gotować, proste rzeczy, ale jednak. Dorwałam nawet czekoladę, która smakuje trochę jak Goplana i zaczyna się na tę samą literę (nie przepadam za Goplaną, więc w skali gdzie 1 to japońska czekolada, a 10 to Milka, Ghana dostaje mocne 4). Chusteczki dalej są nawet nie do dupy, bo by się rozpadły. Nie mogę patrzeć na chleb melonowy i sushi (całe szczęście, że odkryłam inne rzeczy).
Mam wiele notek do nadrobienia, ale że tutaj jak zwykle tylko narzekam, oto kilka anegdotek:

Pana trochę zamurowało, ale białogłowa niczego sobie

Nie wiem kto i dlaczego popełnił to dzieło. To jest, był festiwal międzynarodowy na uniwerku, tylko że międzynarodowy tylko z nazwy, bo organizowali Japończycy dla Japończyków i ja tam za bardzo nie widziałam możliwości integracji, ale może jestem po prostu starą skisłą pandą. Znajomi mówili, że takie coś dla narodowego stroju angielskiego (takie coś istnieje?) było jeszcze bardziej upośledzone. Jeśli ludzie używali tej makiety zgodnie z przeznaczeniem, to w moich oczach stracili resztki honoru.

Mały chramik ze swastyką

Ta świątynka stoi na parkingu. Wśród domków. Mijam ją za każdym razem jak idę do sklepu. Jest piękna. Ma ołtarz z pustaków.

Dzielny PAN tanuki z wielkimi jajami

Na początku uważałam to za urocze, ale w końcu zaczęło mnie wnerwiać jak nasze krasnale ogrodowe. Ani to ładne, ani to użyteczne, kicz całą parą. Ta wypukłość na dole to nie jego nogi, tylko jądra, a mina mówi sama za siebie „kończ waść, wstydu oszczędź”.

Wisi na moich drzwiach i odmawiam zdjęcia tego

Moja współlokatorka (Elizabeth) pojechała już do Tokio, a stamtąd leci do Ameryki. Większość studentów przyjechała tylko na jeden semestr, więc przez ostatni tydzień wszyscy tylko beczeli, żegnali się i robili hałas walizkami. Trauma dla okolicznych mieszkańców. Tak czy siak, moja współ ma niesamowity talent, ale kiedy rysowała to dzieło, zaczęłam się dławić żelkami i bardzo ją to rozbawiło (przepraszam, ja tylko umieram), więc postanowiła uwiecznić ten moment i narazić mnie na wieczne pytania ze strony Japończyków: Sore ha hanamizu? – Czy to smarki?
Odpowiedź: Nie, to żelki.

Kiosk

Człowiek uczy się całe życie. Okazało się, że swojsko brzmiący kiosk jest słowem międzynarodowym. Moim zdaniem to trudny do powiedzenia zbitek dźwięków, ale i tak wszyscy wytrzeszczają na mnie oczy, kiedy mówię polskie jeszcze.

Port w Osace – tajfun szedł, prawie mnie zwiało

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Czasami lepiej użyć miotacza ognia niż narzekać na ciemność

  1. Darya

    Aaa, sugoi, notka-kun~ :D
    A tak na serio, zawsze cieszy nowy raport z obczyzny ^^ Super, że dodałaś te anegdotki, są w sumie tylko wspomnieniem pewnych spraw, ale razem dają naprawdę ciekawą perspektywę. Dyć, ja nawet Twoje narzekania lubię C:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s