Narzekam więc jestem

Zwykły wpis

Często ludzie pytają się mnie, czego mi brakuje. Oto lista:

1. Chusteczek
Nie wiem czemu, ale Japończycy nie smarkają. Kichają, charkają, ale nie widziałam smarkającego Japończyka. Publiczne wycieranie nosa jest uważane za niegrzeczne. Dostałam kataru, przy którym biblijny potop to zaledwie mżawka, zapewne od wchodzenia do klimatyzowanych pomieszczeń, jakieś -40 stopni na oko, z 40stopniowego upału, kiedy jestem cała zlana potem. Próbowałam kupić chusteczki – takie zwykłe, żeby wziąć do torebki. Po trzech podejściach i prawie wsadzeniu sobie przykładowej chusteczki w nos, żeby zademonstrować użycie tych dziwnych papierowych ustrojstw, sklepowa pani w końcu zrozumiała i podała mi coś, co przypomina bardzo ubogą krewną naszych chusteczek. Są tak miękkie, że nie da się nawet nimi potu ścierać, bo natychmiast się rozpadają. Jedna chusteczka na jeden smark.

warabimochi – wyglądało fajnie, ale nie wiedziałam, co to, jak z połową rzeczy w sklepie

2. Antyperspirantów
Znalazłam, więc w sumie można powiedzieć, że mają je tutaj. Tylko że jeden chibi-antyperspirant kosztował koło 30 złotych za 10ml. Dla porównania za Rexonę (bo to właśnie nią znalazłam) w Polsce damy 10 złotych za 40ml. Jestem barbarzyńcą, z którego i tak leją się wiadra potu, więc chciałabym przynajmniej nie śmierdzieć. W drodze z Polski, razem z chusteczkami.

Kioto jest świetnym miejscem do wytchnienia

3. Czekolady
Milka mnie rozpuściła. Wedel mnie rozpuścił. Nie lubię Goplany, ale i tak jest lepsza od tego, co tu mają. Naprawdę próbowałam znaleźć coś, co by mi odpowiadało. Póki co – nic. Biała czekolada smakuje jak skondensowana śmietana, mleczna jak wyrób czekoladopodobny, co tylko leżał obok dziecięcego kakao i wchłaniał trochę aromatu przez osmozę, a o gorzkiej nie wspominam, bo nie przepadałam za nią nawet w Polsce. Zapewne japońska czekolada znajdzie amatorów, ale ja niestety jestem skazana na narzekanie.

pociągi najpierw mnie przerażały i doprowadzały do płaczu

4. Ciast
Uwielbiam sobie strzelić do kawy jakiś serniczek czy jagodziankę, czy babkę, agrestową chmurkę, marcinka, ptysia, cokolwiek… Nie znalazłam tutaj nic, co byłoby mi w stanie zastąpić polskie ciasta (z wyjątkiem melonowego chleba). Serniki są malutkie i cholernie drogie, cała reszta jest robiona na chemicznej bazie i głównie mamy tutaj to, na co w Polsce patrzyłam z pogardą, czyli wszelkie maści ciasteczka z mnóstwem kremu, wszystko popakowane i niekoniecznie świeże. Nie ustaję w poszukiwaniach.

5. Szybkiego Internetu
Działa jak chce, czyli w nocy śpi, rano daje rady i kiedy wszyscy są na zajęciach. O mojej 22-24 w Polsce jest 15-17, czyli pora rozmów, pisania na FB, Skypie, etc. Tylko że wtedy Internet działa najgorzej, Skype prawie nie odpala, wszystkie podesłane linki muszą czekać do następnego dnia i mniejszego natężenia ruchu.

…ale okazały się najbardziej wygodną rzeczą na świecie

6. Języka polskiego
Mam dużą wiedzę na temat Azji, jestem zresztą starsza niż większość ludzi tutaj, jedna z lepszych z japońskiego. Szlag mnie trafia, kiedy anglojęzyczni zaczynają mi tłumaczyć coś, co już wiem, albo – co gorsze – z czym się nie zgadzam, tylko dlatego że nie potrafię się ładnie wysłowić. Automatycznie przekładają moją ułomność językową na ułomność umysłową. Żeby oddać honor – większość taka nie jest i niektórzy nawet sami z siebie pytają się o różne sprawy. Na przykład ci z mojego akademika są naprawdę świetni i wyrozumiali. Ale czasami jest ciężko, bo czuję się jak dziecko.
Innym aspektem jest czasami to co ja nazywam „double lost in translation”. Dosłownie „podwójnie stracona w tłumaczeniu”. Nie dość, że czasami nie ogarniam japońskiego, to w takich przypadkach próbuje mi się go wytłumaczyć po angielsku, którego też czasami nie ogarniam. Kończy się na tym, że nie umiem się w ogóle wysłowić albo w ogóle zrozumieć kogoś. Na egzaminach często są zadania z tłumaczenia, z angielskiego na japoński, czyli najpierw muszę zaczaić, o co chodzi po angielsku, a potem przełożyć to na japoński. Ale i tak nie mogę narzekać, bo głównie jednak wszystko jest po japońsku, czyli jedno zawirowanie odpada. Na niższych poziomach często słuchanki mają angielskie odpowiedzi. Czyli musisz zrozumieć, co powiedzieli po japońsku, przełożyć to na angielski i dopiero zaznaczyć. Wiem, że jestem na amerykańskiej uczelni i dobrze wiedziałam, co mnie czeka, ale i tak jest ciężko.

japońska moda – dziurawe klapki z fałszywą koronką

Proszę mnie nie zrozumieć, że tu jest koszmarnie i nie chcę tu być. Nie mogłabym być bardziej zadowolona, żarcie jest pyszne, ludzie mili, zabytki wszędzie, miłe miejsca do spacerów, świetna okazja do nauki japońskiego, a także do podszkolenia angielskiego. Zajęcia wymagające, ale ciekawe. To powyżej to jedynie lista rzeczy, których mi brakuje. Wszędzie człowiek ma gorsze i lepsze dni, wszędzie mu coś nie pasuje. Wolę narzekać na braki tutaj niż jęczeć na życie w Polsce.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Narzekam więc jestem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s