Polacy nie gęsi, też swój holenderski język mają

Zwykły wpis

Zainspirowana tym: http://joemonster.org/art/31983/Glupota_innych_narodow_doswiadczenia_bojownikow_JM

Nie będę ukrywać, że na moim japońskim uniwerku często czuję się gorsza, bo pochodzę z Polski. Jak większość Polaków mam w tej kwestii schizofrenię – z jednej strony cieszę się, że urodziłam się Polką, bo mój kraj nauczył mnie kombinowania i walczenia o swoje, bycia zaradnym, a z drugiej – jaka jest Polska, każdy widzi.
Od dobrobytu ludziom się w zadach przewraca i to niestety widać. Nie inaczej jest z Japonią. Japońscy studenci z nosem wciśniętym w smartfona nie za bardzo umieją już rozmawiać, a  często nie mają żadnych hobby, o których mogliby rozprawiać. Być może zarówno w liceum, jak i na uczelni miałam szczęście być otoczona przez osoby o bardzo szerokich zainteresowaniach, więc moje wyobrażenie jest nieco zaburzone. Jednak ciągle mam wrażenie, że w przypadku Europejczyków, kiedy odpowiednio poprowadzić rozmowę, nawet z najmniej wykształconej czy strasznie nudnej osoby da się wyciągnąć coś wartościowego, chociażby życiową wiedzę, doświadczenia, coś o konkretnym kraju, miejscu. Ta sztuka udała mi się tylko z kilkoma Japończykami, a przecież wszyscy z nich poszli na studia, i to na studia międzynarodowe, co powinno ich trochę jednak zobowiązywać. Zacznijmy więc od wpadek z ich strony.

Podbijają do mnie japońskie dziewczyny.
– Skąd jesteś?
– Z Polski.
Widzę, że wyskakuje im error 404, plik nie znaleziony.
– Z Europy – podpowiadam usłużnie.
Dziewoje kiwają głowami, ale nadal widzę, że są bardzo zakłopotane niewiedzą. Zaczynam tłumaczyć:
– Wiecie gdzie jest Francja?
– Wiemy.
– To obok są Niemcy, prawda?
– Tak.
– To obok jest Polska.
Dalej kiwają głowami i dalej nie mają pojęcia, o co chodzi. Wymieniamy się Facebookiem i nigdy, ale to nigdy do mnie nie piszą. Historia powtarza się w różnych kombinacjach. Na początku sądziłam, że problem leży we mnie, robię odpychające wrażenie, nie mam urody, która dobrze wychodzi na selfie i nie gadam bez przerwy tylko żeby gadać, szczególnie kiedy widzę, że mnie nie rozumieją. Tak robią Amerykanie. Po rozmowach z innymi Europejczykami dotarło do mnie, że w tym jest problem. Nie jesteśmy z Ameryki. Nie jesteśmy kakkoi (zajebiści).

Zaczepiają mnie inne dziewoje (zadanie mieli jakieś czy coś).
– Skąd jesteś? – Standardowo.
– Z Polski.
Dostrzegam nadzieję. Jedna laska mieli informację. Zawzięcie czegoś szuka w mózgu, widzę jak się męczy biedulka. Po chwili udaje się.
– Auschwitz! – krzyczy z wielkim uśmiechem na twarzy, a jej koleżanka kiwa głową, równie zadowolona, bo kojarzy.
Ja siedzę zamurowana. Kiedy odzyskuję czucie w paszczy, pytam:
– Wiecie co to było Auschwitz?
Dziewczyny nie wiedzą. Albo nie chcą powiedzieć. Nie wiedzą, czemu to miejsce jest w Polsce ani kto je założył. Uśmiechy rzedną i rozmowa się nie klei. Pewnie moja wina, bo powinnam umrzeć z radości, że coś kojarzą.

Krótki wstęp: musiałam odwalić praktyki w zamian za moje stypendium. Wysłali mnie do gimnazjalistów/licealistów, którzy uczestniczyli w intensywnym kursie angielskiego przygotowującym do egzaminów z certyfikatem. Miałam im opowiedzieć o Polsce (po angielsku), a później, przy obiedzie, podzielić się doświadczeniami z uczenia się angielskiego i pokonwersować. Oprócz mnie była jeszcze druga Polka, Amerykanka, Francuska, Ekwadorczyk, Szwedka i przyznam, że nie pamiętam kto jeszcze.
Prowadzący kurs kazał na początku nie mówić, skąd jestem, tylko dać im zgadnąć. O dziwo, dzieciakom szło dobrze – zaczęły od Francji, potem Szwecja – tu naprowadziłam ich, że jesteśmy z kraju nieco na południe, więc strzelili Niemcy. Wtedy dodałam, że na wschód i zapadła cisza, aż cichutki głosik oznajmił: „W 1939 na ten kraj napadły Niemcy”. Potwierdziłam, chwaląc i zachęcając, aby podać nazwę, nawet po japońsku, jeśli nie znają po angielsku, nie ma sprawy. W końcu ktoś powiedział PŌRANDO. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli, zapewne dlatego, że byli świeżo po lekcjach historii, a słyszałam, że to jedyne zajęcia, na jakich kiedykolwiek wspominają o Polsce. Całość dość miła, chociaż też nieco dziwna, bo dzieciaki pierwszy raz miały kontakt z obcokrajowcami i strasznie się bały (wstydziły). Kiedy się poddałam, bo uznałam, że problem stanowi bariera językowa, olałam wytyczne, przeszłam na japoński, to poprosili mnie, żebym jednak mówiła po angielsku, bo taki był cel. Skończyłam na wygłaszaniu monologu o pierdołach.
Wisienkę na tort dorzucił Japończyk, student z mojego uniwerka, który przyszedł pomagać nam, obcokrajowcom. Po całym obiedzie i wszystkim, podszedł do mnie, gdy zbierałam się do wyjścia, i zapytał jeszcze raz skąd jestem.
– Z Polski.
– Gdzie to jest?
Wytłumaczyłam spokojnie, ważne, że w ogóle się interesuje.
– Po jakiemu mówicie?
– Po polsku.
Znowu widzę w oczach error 404, nie da rady. Na nieszczęście po angielsku istnieje słówko Polish (polski) i polish (polerować), o niemal takiej samej pisowni, i tylko nieznacznie innej wymowie – niestety Japończycy w ogóle nie słyszą różnicy. Przechodzę więc na japoński, może coś mu zaświta.
Pōrando-go – wymawiam ze starannością P, żeby nie pomylił z H.
Dalej widzę jedynie zmieszanie i ciężką rozkminę na twarzy rozmówcy. Powtarzam kilka razy, żeby się oswoił. W końcu dodaję, cały czas po japońsku:
– Bardzo podobny do rosyjskiego, ale mamy takie litery jak w angielskim.
W końcu koleś łapie, z radości aż udarze pięścią w otwartą dłoń (Japończycy kochają takie gesty).
Horando-go! – Czyli nic innego jak język holenderski.
Wzdycham i tłumaczę, że nie. Koleś nie wyglądał jakby mi uwierzył.

Pojechałam do koleżanki, do jej domu, na wyraźne zaproszenie. Jej rodzina ugościła mnie kolacją i rozmawialiśmy. Oczywiście, że pytali skąd jestem, stwierdzili, że nigdy nie słyszeli (mimo, że jej ojciec był w Niemczech na wyjeździe służbowym), więc chcieli wiedzieć co jest słynnego w Polsce.
– Chopin? – próbuję.
Nie słyszeli.
– Pianista, taki sławny. Konkurs robią, Japończycy często wygrywają.
Nie mają pojęcia.
– Maria Curie?
Rodzice nie wiedzą, koleżanka kojarzy, ale mówi, że myślała, że Francuska.
– Wygraliśmy mistrzostwa świata w siatkówkę.
Nie wiedzą, nie interesują się.
W desperacji wspominam drugą wojnę światową, z akcentem na Europę, żeby nie wjeżdżać im na odcisk. Żadnego odzewu.

Aby oddać honor, zdarzają się osoby, które coś wiedzą. Sztandarowe jest pytanie (ale to nie tylko od Japończyków, to w sumie od każdego spoza Europy):
– Polska brzmi zimno.
– Nie jest aż tak zimno – odpowiadam zwykle.
– Ale macie temperatury na minusie?
– No mamy. Ale mamy też centralne ogrzewanie.
W Japonii nie ma centralnego ogrzewania, tylko na północy (wyspa Hokkaidō). Głównie nagrzewa się klimatyzacją przestawioną na grzanie, a która zżera olbrzymie pieniądze, więc dla przeciętnego Japończyka to nie do pomyślenia, że ktoś może zostawić włączone ogrzewanie na całą noc (ze względów finansowych, ale i bezpieczeństwa: w przypadku trzęsienia, może dość do pożaru), jak ja zwykłam czynić w akademiku (uniwerek płaci).

Jestem ciepłolubna i dlatego, jak pod koniec marca przywaliło śniegiem (co nie-w-górach, bo nie można okolic Osaki nazwać równinami, gdzie mieszkam, jest dość nietypowe), to marudziłam bardziej niż zwykle, nie wiem jak mi się to udało. Za to Japońcy zwariowali z radości, nie wspominając o studentach z Afryki czy południowej Azji. I nie mogli się nadziwić, dlaczego jestem taka markotna. Aż wyszli na zewnątrz, w tę śnieżycę.

Na innych praktykach, z kolei polegających na uczeniu angielskiego staruszków, miałam więcej szczęścia. Starsze pokolenie kojarzyło Polskę, nie jakoś dobrze, ale nie wmawiało mi przynajmniej, że taki kraj nie istnieje (pochodzę z czarnej dziury).
W wolnym czasie, kiedy po prostu podchodziło się do przypadkowych staruszków i próbowało ich wciągnąć w rozmowę, zauważyłam mapę na jednym stole. Wykorzystałam ją więc do nauki o Polsce. Reakcje były różne.
– Ooo, to naprawdę duży kraj! Nie wiem dlaczego myślałem, że jest mniejszy.
– O, to wy nie graniczycie z Rosją.
– A, to dlatego Niemcy na was napadli, macie wspólną granicę.
– Chcę jechać do Polski, słyszałam od znajomych, którzy byli, że to bardzo piękny i tani do podróżowania kraj.
– Wcale nie wygląda jakby u was było tak zimno. W Anglii jest zimnej?
– To Polska jest w centrum Europy?
– Hm, stolica Warszawa? Tam się odbywa Konkurs Chopinowski, prawda?
– Słyszałem o Warszawie, została zniszczona podczas drugiej wojny światowej, zupełnie jak Tokio, nie?
Strasznie mi się podobała ta robota :) Na koniec dali mi jakieś fanty i bon do księgarni na 30 złotych.

Zaskoczył mnie też nauczyciel ceramiki, który jest artystą w każdym calu (całe życie chlał i przepuszczał forsę na hazard, aż mu lekarz zabronił). Często robi niemiłe, wredne lub uszczypliwe komentarze po japońsku w stosunku do nieprzykładających lub olewających Amerykanów, który nie mogą go zrozumieć, a wszyscy z wyższych poziomów japońskiego zdychają. Pytał mnie oczywiście o Polskę, sztampowo stwierdził, że brzmi zimno, pytał o związki z Litwą (moja współlokatorka jest z Litwy, też chodzi na ten kurs i ma ogromny talent), czy potrafimy się zrozumieć, do jakiego języka podobny jest polski, po jakiemu mówi się w Polsce (w sensie jakich języków naucza), jakie ja umiem, ogólnie był ciekawy, bo złożyło się, że jestem jego pierwszą uczennicą z Polski.
– Moja babcia mówiła po niemiecku, a moja mama musiała uczyć się w szkole rosyjskiego.
– A, no bo wojna, a potem komunizm, co? – odpowiada, mile mnie zaskakując.
Któregoś dnia, siedzę sobie, trymuję garnek, idzie mi jak po grudzie, ale czasami są takie dni, że nic nie wychodzi. Nauczyciel klepie mnie w ramię, zamieniamy się, trymuje mi garnek bez najmniejszych problemów, z wielką wprawą. Nagle patrzy na mnie i mówi:
– Dlaczego kojarzę takie nazwisko jak Wałęsa?
Zabił mnie.

O reszcie obcokrajowców (wyłączając Europę) i ich reakcjach na Polskę mogłabym napisać dwa razy tyle. Przytoczę tylko kilka w moim mniemaniu najzabawniejszych.

Rozmawiałam z Włoszką o wspólnej historii naszych krajów, bo było parę takich momentów. Przysłuchiwała się nam Amerykanka, bardzo zresztą ciekawa tego, co mówimy. Kiedy skończyłyśmy, stwierdziła, że teraz ona coś nam opowie.
…i zaczęła opowiadać o Benjaminie Franklinie. Dopiero po chwili konsternacji Włoszka delikatnie zasugerowała, że wiemy kto to był Benjamin Franklin.
Amerykanka się zmieszała. Ale to nic, przyniosła nam pokazać dolary. Także napomknęłyśmy, że wiemy, jak wyglądają dolary, a ja nawet dodałam, że jeśli się bardzo uprze, to może nimi zapłacić w Polsce. Nie poddawała się. Zaczęła opowiadać co to są iluminaci. Nie żeby nie mieli swojego początku w Europie…

W listopadzie zaczęły się zimniejsze dni. Koło 18 stopni, ale przez wilgoć odczuwalna dochodziła do 10, a ja wspominałam, że jestem ciepłolubna. Tym razem podbił Australijczyk (siedzący w grubej kurtce i czapce, w klasie).
– Dla ciebie to miła temperatura, co?
– Zwariowałeś? – Nawet się nie zastanawiałam nad odpowiedzią
– No bo w Polsce tak zimno…
– W Polsce bywa zimno, ale to nie znaczy, że będę teraz biegać w krótkim rękawku z pieśnią na ustach.
– To dobrze, bo ja się bałem, że tylko ze mnie taki mięczak, że mi tak zimno. – To się chłopak pocieszył.

Teraz wyjątek z Europy. Poszliśmy pić do baru, socjalizować się trzeba. Po libacji, zbieramy się do wyjścia, wychodzimy przed bar, nocą już zimno, oddech nawet widać, a tam stoi biały koleś w letniej kurteczce i trzeźwieje. Podbijamy, czy wszystko z nim ok, okazuje się, że mieszka w tym samym akademiku i jest z Islandii, i część ekipy go zna. Islandczyk patrzy na towarzystwo, każe się wszystkim zamknąć.
– Ty jesteś Włoszką. – Pokazuje na Włoszkę. – Bo wyglądasz jak Włoszka.
Nie dało się ukryć.
– Ty jesteś z Ameryki. – Pokazuje na Amerykankę.
Dobry jest (dziewczyna szczupła i wysportowana, żadnych stereotypów).
Ale trafiła kosa na kamień.
– Jesteś z Litwy. – Pokazuje na mnie.
– Close enough.
– Z Polski!
Otwieram usta zdziwiona, może koleś gdzieś nas obczaił, a teraz zgrywa chojraka. Kiwam jednak głową, bo prawda.
– KURWA MAĆ! – natychmiast krzyczy Islandczyk.
W gwoli ścisłości. Godzina: koło północy. Miejsce: spokojne japońskie miasteczko. Aż się poniosło po okolicy.
Później zaczął monolog o tym, jak to zawsze podziwiał Polaków, bo pracowali na Islandii, i w ogóle byli zajebiści, chodzili bez kasków i wspinali się bez zabezpieczenia na różne konstrukcje i w ogóle kozaczyli. Brzmi jak Polacy.
Dobrze, że w barze mieli polski spirytus, bo inaczej bym zamarzła.

Zdarzyło mi się też rozmawiać z Amerykaninem, który pytał o Polskę, był bardzo ciekawy i w ogóle, ale cały czas się podśmiechiwał. W momencie, kiedy postanowiłam, że nie pozwolę robić sobie ze mnie jaj, nagle nie wytrzymał.
– Puzian! Marius Puzianowski!
Okazało się też, że lubi placki ziemniaczane, pierogi i żurek. Sporo w sumie wiedział.
Ciekawostka: w Stanach placki ziemniaczane uważane są za żydowską kuchnię. Zrobiłam na wigilijkę akademikową i część ludzi się ucieszyła, że też świętuję święto Chanuka, kiedy podobno je się właśnie placki ziemniaczane. Zawsze możemy dowiedzieć się czegoś nowego o sobie.

Najsłodsza jest dziewczyna z Korei. W ogóle to chodzący cukierek na nóżkach, najbardziej pozytywna osoba, jaką tu spotkałam. Pojechaliśmy gdzieś coś zwiedzać i był tam wielki napis po niemiecku. Koreanka zapytała po jakiemu to, ja odpowiedziałam i mniej więcej przetłumaczyłam, o co chodzi.
– Znasz niemiecki?
– Trzy lata w liceum, ale właściwie to nie.
– OOOOO. – Tak zwykle reaguje, a moja trzustka zwija się, próbując nadążyć z insuliną.
– Alex zna dużo języków – dodaje Amerykanka, która była z nami.
– OOOO – cieszy się dalej Koreanka.
– Nie dużo, znam komunikatywnie angielski, japoński, oczywiście polski, rozumiem czeski, słowacki też bez oporów, ale to dlatego, że języki są bardzo podobne, uczyłam się niemieckiego i chińskiego, tylko niewiele z tego wyszło.
Zaciesz sięga kosmosu.
– Alex, jesteś niesamowita!
– Nie jestem, w Europie to normalne, że ludzie mówią co najmniej dwoma językami obcymi. Kiedyś starczył jeden, ale teraz nie bardzo. Moja babcia mówiła po niemiecku, moja mama rozumie rosyjski.
Szok i niedowierzanie.
– Jak to więcej niż dwa?
– Chociażby na naszym uniwerku. Węgierka mówi swobodnie po angielsku i hiszpańsku, a do tego oczywiście po japońsku i węgiersku. Hiszpanka po katalońsku, hiszpańsku, japońsku, rozumie też włoski. Łotyszka zna biegle angielski, rosyjski, niemiecki, w miarę rozumie japoński.
Koreanka dostaje palpitacji. W Korei w zależności od szkoły zaczynają się uczyć angielskiego w gimnazjum albo liceum. Podobnie jest w Japonii, w Stanach koło naszego gimnazjum dodają im obcy język, najczęściej hiszpański. Amerykanie nie potrafią też zrozumieć jak ktoś z chociażby szczątkową znajomością obcych języków, nie może znaleźć pracy. W Stanach to nie do pomyślenia. Podobnie – gdy wpiszesz sobie w CV studia za granicą, każdy pracodawca się zabija, żeby mieć takiego pracownika. Kiedy im wytłumaczyłam, co to Erasmus i dlaczego prawie każdy student miał jakiś epizod za granicą, to szczęki im opadły.

Z jednej strony podziw, z drugiej jednak czasami niezamierzona i nieuświadomiona pogarda. Wiele razy zdarzyło mi się nie znać słówek albo nie umieć czegoś wytłumaczyć po angielsku. Bardzo często tak zwani native speakerzy przekładają nieumiejętność wysłowienia się na faktyczną niewiedzę. I tak na przykład wytłumaczono mi jak działają jajniki… Na plus muszę dodać, że kiedy wspomniałam półgębkiem, że miałam biologię w szkole, to się trochę zawstydzili.
Kiedyś jedna Amerykanka powiedziała mi, że jestem nearly fluent – prawie biegle znam angielski. Jest to prawda, jakby nie patrzeć. Amerykanka nie stwierdziła tego z pogardą czy żeby mnie wyśmiać, po prostu fakt, może nawet chciała mnie pochwalić.
Opowiedziałam to jednak Hiszpance i z kolei jej oburzenie sięgnęło kosmosu.
– Co? Native speakerzy nie mają prawa tak mówić! Tak może powiedzieć tylko ktoś, kto też się uczył angielskiego jako drugiego języka, bo wtedy to oznacza, że ten ktoś jest lepszy w angielskim i ma prawo tak stwierdzić. Amerykanie nie mają prawa tak mówić. Gdyby mnie tak ktoś powiedział, to bym zaraz zripostowała: Taaak? A przepraszam, jak ostatnio ma się twój hiszpański? Bo ja mogę obrazić cię w trzech językach i angielski nie będzie żadnym z nich! (I can insult you in three languages and English is not one of them!)
Zrobiło mi to dzień.

Nie twierdzę, że wszyscy mają wiedzieć wszystko o Polsce. Mogą nawet nie znać naszego kraju, nigdy o nim nie słyszeć, zdarza się, są ważniejsze rzeczy. Tylko mam problem z postawą, z którą dość często się spotkam: niedowierzaniem albo zachowaniem w stylu „jak śmiesz pochodzić z jakiegoś zadupia?”. Zakładają, że jeśli nie słyszeli w trakcie całego życia o danym miejscu, to z całą pewnością nie jest to miejsce godne ich uwagi. Tak się składa, że żyjąc 24 lata w Polsce, miałam okazję sprawdzić, że nie odmrażam zadu co zimę, po ulicach nie chodzą niedźwiedzie polarne, ludzie mówią na ogół po polsku albo czymś co leżało przy polskim, jesteśmy szóstym największym krajem w Europie, nie można nas nazwać prowincją Rosji, mamy morze i góry, nie jemy tylko ziemniaków, można u nas dostać ryż i nawet awokado. Co innego to ignorancja, a co innego zatwardziałe brnięcie w nią.
Ja też spotkałam osobę z Ghany. Na wstępie powiedziałam, że mgliście kojarzę gdzie ten kraj leży w Afryce i bardzo przepraszam, ale nie wiem nic o Ghanie, czy możesz coś opowiedzieć? Dlaczego japoński, jak tu trafiłaś, czy studiowanie jest popularne w twoim kraju, etc? Nie będę udawać na podstawie kilku wspomnień ze szkoły, że znam Ghanę lepiej od jej mieszkańca. Ale kto wie, może wódz jej plemienia sprzedał ją za parę krów i ajfona?

Reklamy

8 uwag do wpisu “Polacy nie gęsi, też swój holenderski język mają

  1. bążur

    Po pierwsze uwielbiam jak piszesz i łykam to jak poranną kawę (a aktualnie razem z nią). I byłabym wniebowzięta gdybyś wydała książkę, poważnie, kupuję dwie i chcę z autografami, zamawiam pierwsze dwa wydruki. Nie dość, że wszystko, co piszesz jest superciekawe, to podajesz to w zajebistej formie. Zresztą Ty wiesz, że uwielbiam Twój styl wysławiania się : )
    „Okazało się też, że lubi placki ziemniaczane, pierogi i żurek.” No, a dziwisz się? Żurka nie da się nie lubić : D
    Pozdro z Krk : *

  2. Dzięki za poprawę humoru po pobycie na laryngologii, z której wypuścili mnie z podbitym okiem – wyglądam teraz jak klasyczna ofiara zbyt słonej zupy;) Czasem sobie myślę, że sami się ciągle uziemiamy, a przecież fajne bywa to nasze zadupie. Trzymam kciuki za kontakty i Kontakty – naprawdę nie trzeba nam gości z Marsa, żeby się szczerze zdziwić albo zobaczyć coś od drugiej strony. I też chętnie bym przeczytała więcej…

    • Oj, żyjesz?
      Patrząc na doświadczenia moje i znajomych: jeśli ktoś nie jest szczęśliwy, to wyjazd gdziekolwiek niczego nie zmieni. Zmienia się sceneria, ale problemy wozimy ze sobą. Dlatego nie ma czego zazdrościć :)
      Poza tym jestem pewna, że mogłabym z powodzeniem stać się bohaterką takiej notki z moimi przypałami :D

  3. Darya

    Jaki ogromnie miły post :D! Świetne są te anegdotki, czyta się je jednym tchem, nawet jak post dość długi.
    Heh, co tu napisać – zgadzam się absolutnie z końcówką. Niewiedza rzecz ludzka, ignorancję powinno się tępić w każdym przypadku. W sumie miło, że w ogóle niektórzy w Japonii kojarzą co to Polska, w sumie w Europie jest tyle państw, że próbuję się nie dziwić, że wszystkich nie znają (spytaj człowieka z ulicy co wie o Laosie albo Paragwaju :P). W sumie im więcej tych anegdotek słyszę tym bardziej się cieszę, że mieszkam w Europie xD Nawet jak nasz kontynent w przeszłości swoje grzechy uczynił, to obecnie całkiem się wyrobiliśmy – przynajmniej jeśli chodzi o zrozumienie dla innych kultur (nie to co pewne światowe mocarstwo, które przy swojej niewiedzy chce być mesjaszem świata…).
    Dzięki za notkę :)

  4. Dawno nie cztałam czegoś równie ciekawego. Naprawdę. Normalnie nudzą mnie tak długie posty (ale książka to może mieć i tysiąc stron), ale tutaj czytałam z wielką przyjemnością. Podziwiam Cię, że teak bardzo ogarniasz języki obce, pewnie miałabym podobna minę, co ta Koreanka – ledwo jestem w stanie wysłowić się po angielsku, o reszcie nie wspominając. A myślałam, że Polska jest bardziej znana w Azji Wschodniej, za sprawa Szopena chociażby :c Nie wiedziałam, że takie cuda.

    • Dziękuję :) Właśnie nie za bardzo ogarniam języki obce (jak na warunki europejskie czy nawet polskie; u nas każdy się czegoś uczył i mamy świadomość, że ktoś może nie mówić w naszym języku – czego brakuje wspomnianym), ale wciąż lepiej od przeciętnego Amerykanina czy Azjaty. Ludzie znają Chopina, ale nie wiedzą skąd on jest – zakładają, że z Francji. To samo Skłodowska-Curie. Nie wszyscy, oczywiście, wykazują taką ignorancję, moja grupa wiekowa była w tym najgorsza, starsi znają, dzieciarnia zna, bo się uczyła o tym niedawno, tylko tak 18-50 nic nie wie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s