Człowiek nie je, aby żyć, ale żyje, aby jeść

Zwykły wpis

Kocham jedzenie, a jedzenie kocha mnie, bo nigdy nie chce mnie pożegnać, więc odkłada się w moim zadzie, który powoli zaczyna wytwarzać własną grawitację, ale nic. Japońskie jedzenie bardzo lubię, nie wszystko oczywiście, omijam z daleka wszelkiego rodzaju kotlety, bo mięso jest dużo gorsze niż u nas (jestem francuskim pieskiem i żyłek i tłuszczu nie jadam), a przynajmniej to, do którego ja mam dostęp. I nie lubię, kiedy polewają wszystko słodkawym sosem. To chyba taki odpowiednik keczupu – dodają go do niemal każdego dania z mięsem, jednak po trzech miesiącach nauczyłam się unikać pułapek na stołówce. Po pierwsze – żadnej ryby. Uwielbiam ryby, ale te ryby to nie ryby, to podłe imitacje, wydaje ci się, że taka ryba jest rybą, nawet ją zjadasz i myślisz, że jest ok, ryba jak ryba, ale w połowie okazuje się, że ta ryba bardzo chce zmartwychwstać z twojego żołądka, a jej nieskonsumowane koleżanki na talerzu zmieniają smak na bardzo dziwny. Podłe ryby.

Bukkake udon

Po drugie – jeśli dzisiejsze menu ci nie odpowiada, bierzesz bukkake udon albo bukkake soba. Nazwa trochę myląca dla nieco zdemoralizowanej części czytelników tegoż bloga, dla niewinnych powiem, że niewiedza bywa błogosławieństwem i że „bukkake” znaczy w wolnym tłumaczeniu „spryskiwać” i bywa też rodzajem porno. Dlaczego taka nazwa dla pysznego żarełka? Danie to polewa się (spryskuje?) bulionem. Porzućmy jednak ten temat. Udon to rodzaj makaronu robionego z mąki pszennej, jest grubaśny i łatwo się go zjada pałeczkami. Nie ma też tendencji do rozpryskiwania sosu wszędzie dookoła. Minus taki, że ciężko się nim najeść na dłużej. W powyższym daniu jest także kawałek przetworzonej ryby (to białe coś z różową obwódką, smakuje jak nic), sparzone jajko, cebula, wodorosty (takie mięsiste) i chyba kalmar czy inna ośmiornica smażona w panierce. Pyszne! Szczególnie z sosem tabasco, którego obfitością pobłogosławiło stołówkę.

Curry soba i melonowa soda

Soba to z kolei makaron z mąki gryczanej, bardzo mi smakuje, ale jest cieniutki i najczęściej po konsumpcji otoczenie wygląda jak apartament Cruelli deMon. Czasami jak zrobi się bardzo nieporadną minę głupiego białasa, to dają chusteczki jako dodatek, żeby wytrzeć plamy przynajmniej z biesiadujących z tobą kolegów. Na stołówce można zjeść sobę na zimno, na ciepło z jakiś sosem i wodorostami (wysuszonymi), albo w bukakke soba. Powyżej mamy wersję z curry. Curry (jap. カレー, czyt. karee) w Japonii urosło do rangi narodowego dania. Można zjeść je wszędzie, tanio, drogo, różne wersje, pięć stopni ostrości (jadłam najwyższy, nie wzruszyło mnie, ale widziałam ludzi odpadających przy dwójce). W skrócie to sos na bazie przypraw, do którego wrzuca się marchewkę, ziemniaki, cebulę, czasami mięso, więcej cebuli i jakieś dziwne warzywa. Całkiem dobre, ale jeśli jesz z sobą (makaronem), możesz być pewny, że więcej wyląduje na osobie siedzącej naprzeciwko, niż w twoim żołądku.

Ramen

Ramen to kolejny rodzaj makaronu (właściwie to danie, ale makaron jest głównym składnikiem), też z mąki pszennej, ale smakuje zupełnie inaczej niż udon, jest znacznie delikatniejszy. Ja jadam głównie shōyu-ramen, czyli rosół z kurczaka z makaronem :D Ale tonkotsu-ramen, gotowany na wieprzowych kościach z dodatkiem, też jest strasznie smaczny i dobry pod wódkę, bo sam widok kosmicznej ilości tłuszczu zatyka tętnice. Do tego dodaje się jajka na twardo, cebulę dymkę, boczek, czasami jakiś wodorost.

Nie mam pojęcia co, ale cholernie dobre i ostre

W knajpie dali nam miskę czegoś, co wyglądało jak kompost, ale okazało się, że to posiekane papryczki z wodorostami, chyba kapustą (albo czymś podobnym) i sezamem. To było niesamowite, prawie wypaliło mi przełyk, zionę ogniem na samo wspomnienie, a z nosa automatycznie zaczyna mi kapać, więc możecie pojąć moją ekscytację. Mogłabym zjeść całą miskę.

Ramen wersja uboga

Na uczelni też mamy ramen, bardzo ubogi ramen, wydaje mi się, że to ten kurczakowy, ale mam niejasne wrażenie, że zwierzątka kolegują się w stołówkowym garnku i niekulturalnie pytać o przewagę gatunkową. Boczek to sam tłuszcz, ale za to dodają pędy bambusa. W tle sałatka i chleb melonowy. Co do sałatek, spodobało mi się, że można wziąć taką michę, odpakować, wybrać którykolwiek sos do sałatek (a mają chyba z pięć rodzajów) i użyć ile wlezie.

Kurczak z wodorostami i zupa miso

Zwykły kurczaczek, smażony w panierce, na głębokim tłuszczu, niestety mięcho tylko odłączone z kości, trochę pociachane i zebrane w jedną pulpę, którą potem smażą. Można trafić na naprawdę dobry kawałek, by próbować drugim wybić okno. To danie jest ujmujące w swej prostocie – kurczak, ryż, majonez, dziwny sos, jakieś zielone warzywo smakujące jak cebula i suszone wodorosty. Czasami człowiek ma ochotę na coś takiego. W zestawie zupa miso, której jestem wielką fanką. Samo miso to pasta sojowa, ale rozrabiają ją w dashi, japońskim rosole z ryby i wodorostów. Smakuje jak zupa na Wigilię.

Kotlecik i ślicznie pokrojony grejpfrut

Jak wspominałam, ja nie lubię kotletów, szczególnie umazanych w tym sosie, ale moja koleżanka z Włoch żywi się prawie tylko tym. Na zdjęciu możemy zaobserwować troskę Japończyków – dali durnym barbarzyńcom widelce na stołówce, jakby nie dali radę z pałeczkami. Co najlepsze, japońscy studenci korzystają z widelców w identycznym stopniu, co obcokrajowcy. Sporadycznie.

Krewety

Na początku pokusiłam się czasami o krewetki i byłoby to naprawdę dobre danie, gdyby nie ten cholerny sos. Zjada się całą krewetę w panierce, zostawia ogonek, bo trochę twardy. Oprócz tego pływają tam paski lanego ciasta (to chyba z sosu…). Obok artystycznie pokrojony grejpfrut.

Zupa miso pełna miłości

A propos artystycznego krojenia, oto skromny wyraz miłości, z którą kucharki przygotowują nasze dania. Tak, to marchewka.

Ryż z curry

To curry jest z knajpy, więc od razu można zauważyć przepych na talerzu. To naprawdę krzepiące, szczególnie kiedy człowiek zejdzie z wysokiej, stromej góry, po drodze mijając Japoneczki w szpilkach, albo dając się wyprzedzić jowialnej wycieczce emerytów (próbowałyśmy się z nimi ścigać, zgadnijcie kto wygrał, ale to inna historia). Obok równie obfita wersja zupy miso z lanym ciastem.

Ciężko powiedzieć, ale na oko mięso z kuraka, ryż i ser. I ukochana mugicha

Cóż… Jak wyżej. Na uwagę zasługuje mugicha. Cha (czyt. cia, jak ciasto) to po japońsku herbata. W związku z tym istnieją różne rodzaje -cha. Ocha, najczęściej zielona herbata, koucha, czarna, albo ta cholerna mugicha. Mugicha to prażona herbata jęczmienna. Może fani One Piece’a zauważą, że Luffy nazywany jest „Mugiwara”, co znaczy „słomkowy kapelusz”, więc w obu przypadkach mugi znaczy siano. I ta herbata smakuje jak siano zalane wodą. Albo jak zaparzone papierosy. Świetnie gasi pragnienie, ale chyba dlatego, że człowiek tak bardzo nie jest w stanie jej znieść, że wmówi sobie wszystko, byleby tego nie pić więcej.

Halloweenowa uczta

A to taka uczta na Halloween. W jednym zestawie za 15 złotych upchnęli omletową zapiekankę, zupę-krem z dyni i sałatkę z tuńczykiem. Nie pamiętam dlaczego wzięłam wtedy jeszcze owoce na deser, ale chyba błędnie oceniłam pojemność żołądka. Porcja dla słonia, ale wszystko pyszne, tym bardziej żal było zostawiać.

Dyniowa zupa i sałatka z tuńczyka

Zupa była – o dziwo – lekko pikantna, bardzo gęsta i smaczna. Nie jestem fanką dyni, ale naprawdę mi smakowało. Tuńczyka dali z puszki, doceniam jednak pomysłowość.

W tym momencie wymiękłam

Omlet, a w środku ryż z sosem pomidorowo-warzywno-mięsnym, wszystko zapiekane z serem. Na górze paseczki dyni czy innego bakłażana. Ser nie był tak do końca serem, tylko sosem serowym. Danie dali tylko okolicznościowo, ciągle czekam, że może pojawi się jeszcze raz.

Chlebek melonowy

Śniadanie w dni wolne wygląda mniej więcej jak powyżej, ale o wiele częściej jest bardziej wchłanianym niż jedzonym bananem gdzieś pomiędzy kuchnią, prysznicami, a moim pokojem (całkiem długa droga). Tak, bardzo nie lubię wstawać i nie zamierzam poświęcać cennych minut snu na przygotowanie czegoś bardziej wymagającego. Dlatego też większość porannych zajęć spędzam na myśleniu, co zjem na obiad.

Mini-ekspres przelewowy

Absolutny geniusz objawił mi się w postaci mielonej kawy w saszetkach. Dlaczego u nas nie wpadli na coś takiego? Nie lubię fusów w kawie i nigdy nie chciało mi się zainwestować w ekspres, bo potem trzeba go myć. I oto odkryłam ten wspaniały wynalazek.

Sposób działania mini-ekspresu przelewowego

Kupujesz kawę w saszetkach (w Japonii wszystko jest w saszetkach), odrywasz górną część, rozkładasz, montujesz jak na zdjęciu i zalewasz wodą. Szybko, czysto i prawdziwa kawa!

Japońska hojność

Przeżyłam szok kulturowy, kiedy kupiłam galaretkę i była wypełniona po brzegi. Spodziewałam się jakiegoś centymetra powietrza, płacę – wymagam, a tu co? Cały pojemniczek? Pogięło ich? Na czym oni zarabiają?!