Idziemy na Ring

Zwykły wpis

Któż nie obejrzał amerykańskiej wersji Ringu (Verbinskiego)? Tego irytującego, zzieleniałego (przywodzący na myśl coś skiśniętego) i infantylnie straszącego filmu, w którym musieli podać Amerykanom wszystko na tacy, bo inaczej nikt by nie zrozumiał, może tylko jeden ktoś zatchnąłby się popcornem w kinie, zszedł gwałtownie z tego łez padołu i przysporzył dziełu nieco reklamy.

Moja opinia oczywiście jest moja i de gustibus non disputandum est, komuś się jednak podobał. Należałoby tu jednak zauważyć kilka uroczych faktów. Kto interesuje się horrorami na pewno zauważy różnicę między zachodnimi a pochodzącymi z szeroko pojętego Dalekiego Wschodu. Zachód straszy wyskakującymi gollumami, urwanymi nogami, twarzą Paris Hilton, szaleńcami w maskach, i tym podobnymi… W Azji są nieco bardziej wysublimowani (choć przyznaję, że nie zawsze, szczególnie gdy budżet nie jest oszałamiający albo reżyser został zdrowo kopnięty), a ogólna tendencja zwraca się ku motywie zemsty. Podobnie jest w japońskiej wersji Ringu (Nakaty). Nie uświadczymy tu uroczych hintów w stylu konia popełniającego samobójstwo na widok przygłupiej miny odtwórczyni głównej roli, ani opowiedzenia całej historii od A do Z przy zielonkawej scenerii, jakby scenarzysta i reżyser wiedzieli, jak bardzo muszą film skiepszczyć, żeby nadawał się do dystrybucji w Stanach Zjednoczonych i nakręcili go przez dno opróżnionej uprzednio butelki. Japoński Ring bardziej klimatyczny – i jeśli chodzi o moje prywatne uczucia – to o wiele bardziej straszny. Nie o tym jednak.

I SEE YOU

W Japonii niezwykle popularne bardzo długo były kasety video. Kiedy u nas właściwie już cały przemysł zanikał i przenosił się na DVD i Blue-Raye, w Kraju Kwitnącej Wiśni kasety trzymały się mocno. Dopiero w 2008 roku oficjalnie zrezygnowano z tego nośnika. Ciężko mi wskazać przyczyny, ale myślę, że pewien sentyment odgrywał sporą rolę. W latach 90. królował J-horror, jako seria tanich filmów na video, o małych budżetach. Właśnie w związku z forsą reżyserzy musieli bardziej polegać na niedopowiedzeniach, niedoświetlonych ujęciach, taniej, ale realistycznej scenografii, scenach raczej wyciszonych, bez muzyki. I tak powstał ten szczególny klimat, który moją skromną osobę przeraża o wiele bardziej niż wodnik-szuwarek wychodzący z telewizora. Historie oscylowały wokół duchów, bladych kobiet o długich, czarnych włosach, symbolizujących upływ czasu.

Szlaki J-horroru wytyczył nie kto inny jak autor KSIĄŻKI Ring, Kōji Suzuki. W Japonii zdobył niesamowitą popularność, często nazywany jest japoński Stephenem Kingiem. Pracował przy ekranizacji japońskiej wersji filmu. To właśnie on tworząc opętaną kasetę, zapoczątkował trend na straszące przedmioty codziennego użytku, nośniki klątwy, a także trend na opowieści o mściwych duchach kobiet, które zza grobu dają upust cierpieniom i nienawiści. Powiązał nadprzyrodzony element z techniką, przez co uwiarygodnił standardową historię o duchach i sprawił, że czytelnik mógł poczuć się niepewnie, i to nie włócząc się przez bory i knieje (bo tak często się to robi w Japonii), a przede wszystkim we własnym domu.

Co więc z książką? Jest lepsza? Gorsza? Warto czytać, jeśli zna się film?
Nastolatka umiera nagle i bez wyraźnej przyczyny, pozostawiając nieutuloną w żalu rodzinę, w tym wuja, dziennikarza. Wuj łapie taksówkę i dowiaduje się, że kierowca był świadkiem równie zagadkowej śmierdzi innego nastolatka. Wykorzystując dziennikarskie kontakty odkrywa, że kolejna dwójka młodych zmarła w podobnych okolicznościach, z dużą pewnością o tej samej godzinie. Rozpoczyna (na początku) prywatne śledztwo, w które wplątuje swego przyjaciela, ekscentrycznego profesora oraz niechcący żonę z córeczką.

Zetknąwszy się z literaturą Japonii (albo filmem… albo reklamami… SZCZEGÓLNIE reklamami), można poczuć się zagubionym. W samej Japonii są dwa nurty – literatury czystej (純文学 pure litrature) i masowej (大衆文学). Nawet Murakami ma spore problemy, z powodu tej klasyfikacji. Literatura czysta ma wiele nawiązań do japońskiej i chińskiej klasyki, ważna jest kompozycja, porównania, kolor kimona, czy mrugnęła lewym okiem nad prawym łokciem, czy na odwrót. Czytanie jej uszlachetnia, pokazuje geniusz autorów, lecz niestety najczęściej jest to droga przez mękę i tylko nieliczni nie dostają apopleksji po drodze. Tak więc uspokajam – Ring należy do literatury masowej, chociaż kilka wątków odnosi się jak najbardziej do skojarzeń stricte japońskich, to jednak wciąż pozostaje zrozumiały i czytelny dla odbiorcy z Zachodu. Wydaje mi się nawet, że o wiele bardziej niż film Nakaty.

Prostej odpowiedzi nie ma i to, czy uważa się książkę za lepszą, czy film zależy od tego, czego się oczekuje po jednym i po drugim. Książka przedstawia świetną historię, pewną metaforę obecnego świata, wyjaśnia nieco szerzej historię Sadako i schemat jej działania. A film? Cóż, horror jak to horror – straszy.

Reklamy

7 uwag do wpisu “Idziemy na Ring

  1. Jejku, jak ja nie lubię horrorów D: Amerykański ring widziałam, ale przez palce i ignorując zatwardziale punkt kulminacyjny (sufity potrafią być fascynujące). Ale książka to jednak coś innego, jak mówisz, że normalny człek zrozumie, to może nie będzie tak źle :)

      • Ale ja jestem mega strachliwa względem wszelkich horrorów D: Z książkami już lepiej, bo mogę sobie „cenzurować” trochę strach (nie mam muzyki ani wyskakujących nagle rzeczy).

  2. Ja się dobrze nie bawiłam na żadnym Ringu, bo koszmarnie stracham z tego typu horrorów, obu wersji. Tylko slashery trochę lubię, bo są zabawne.
    Ale książkę planowałam kiedyś przeczytać, bo słyszałam, że dobra, ale znajomy nie chciał pożyczyć. Z książki bym tak nie strachała, zresztą komiksów też się nie boję. Tylko ruchomych obrazów, z jakiegoś powodu. Podobno są jakieś biblioteki w mojej dzielnicy, chyba pora się wreszcie nimi zainteresować, dzięki za inspirację :)

  3. Od jakiegoś czasu biorę się za japońskiego Ringa. Kusi mnie książka, ale w przeciwieństwie do Dar słowo pisane bardziej na mnie oddziałuje niż obraz na ekranie komputera a nie chcę umierac na zawał w takim wieku D:

  4. Odpowiadając na pierwsze pytanie; ja xD Przyznaje się otwarcie, że żadnego Ringu nie widziałam i raczejnie zobaczę. xD Książka… no tez jakoś nie, chyba nie lubię się bać :)

  5. Vegs

    A weź, ja po japońskim „Ringu” dostałam takiego kociokwiku i traumy, że ojcu kazałam wynieść telewizor z mojego pokoju….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s